Marsz pomników, czyli krzyczę „Polska!”

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Zamiast pomaszerować w marszu narodowców i tam krzyczeć „Polska!”, wybrałem się dziarskim krokiem do Muzeum Narodowego na wystawę „Krzycząc: Polska!”. Pomaszerowałem, aby upoić się polską sztuką, osobliwie malarstwem z epoki, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość, a nawet już niepodległa była. Jestem wielkim admiratorem malarstwa, zawsze miałem za to zasadniczy problem z performance’ami, instalacjami oraz „działaniami artystycznymi”. Tutaj jestem zajadłą konserwą – płótno i farba to jest to, co mnie przejmuje, nad czym rozmyślam, żadne performance zaś mnie do głębokiego namysłu nie skłaniają, nawet zbiorowe maszerowanie, które też jest przecież formą sztuki wizualnej.

Daję tu sprawozdanie z wyprawy do Muzeum Narodowego z przykrym opóźnieniem, jako że najwyższe władze partyjne i państwowe, ogłaszając z zaskoczenia dzień świąteczny w poświąteczny poniedziałek, zarazem wycięły jeden numer „Gazety”, a co za tym idzie „Dużego Formatu”. Mocą decyzji państwowej gwałtownie zostałem pozbawiony pracy, zarobku i przymusowo odesłany na wypoczynek. Moje wzburzenie ukoiła dopiero kontemplacja malarstwa oraz rzeźb, dokładniej pewnego pomnika, o czym za chwilę.

Pomysł na tytuł wystawy „Krzycząc: Polska!” wzięty jest ze Słowackiego: „Szli krzycząc „Polska! Polska!” – wtem pewnego razu/ Krzycząc zapomnieli na ustach wyrazu./ Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna/ Szli dalej krzycząc: „Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!/ Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka/ spojrzał na te krzyczące i zapytał: Jaka?”.

Na wystawie wątpliwości Boga zostają rozwiane: jest to Polska wojenna, martyrologiczna i pomnikowa. Nie wkraczam tu w kompetencje kuratorów, wybór prac jest wybitnie trafiony i reprezentatywny, taką mamy perspektywę heroiczno-mistyczną. Nic nie pojmujemy z wielkości, koszmaru i znaczenia I wojny światowej, hołubimy zaś czyn Legionów Piłsudskiego, kropli w ocenie wojska, jaka przelała się przez fronty. Niby są tu grafiki pokazujące I wojnę światową jako coś, co dotyczy nie tylko Polaków, ale to margines. Jak wiadomo, wszystkie wojny w dziejach ludzkości dzielą się jedynie na te, w których Polacy z kimś bohatersko walczyli, oraz te, których nie było wcale.

Stałem przed „Nike Legionów” Jacka Malczewskiego, tą jej wersją uskrzydloną i agresywnie nagą, stojącą i wskazującą kierunek ataku. To obraz zniewalająco brzydki, jeden zaś element ma odstręczający – prawa ręka, którą Nike wskazuje cel ataku. Jest to bowiem ręka wyciągnięta wprost przed siebie, a zarazem deficyt geniuszu Malczewskiego spowodował, że wygląda jak krwawy kikut, ręka odcięta niemal przy ramieniu. Przypadkiem pokazał Malczewski istotę wielkich planów naszych i zamiarów. Cele, do których dążymy, zawsze amputowaną ręką są pokazywane i w zasadzie nie bardzo wiadomo, gdzie owe cele się znajdują.

Znielubiłem niebywale Malczewskiego, którego na tej wystawie małe zatrzęsienie, zdał mi się malarzem nieudacznym, a wszak to wielki konstruktor polskiego imaginarium. Ja sam w niewoli Malczewskiego latami się znajdowałem, teraz z Malczewskiego się wyzwalam ostatecznie, doznając przy tym euforii, ale i kaca moralnego: jakże ja się mogłem na to łapać, na tę taniochę, tę nachalność i nadęty symbolizm podwawelski! „Błędne koło”, „Melancholia” i wszystkie te alegorie śmierci przez lata, przez dekady mi w głowie siedziały i paranoiczny polski zachwyt nad własnym obłędem podgrzewały.

O nieszczęsnej rodzince Kossaków nie mówiąc, a wszak Kossakowie się panoszą na tej wystawie, lancami trykają i szablami siekają, niemal rżenie Kossakowych koni da się w dostojnych murach muzeum usłyszeć. Ja z Kossaków wyrosłem wraz ze skończeniem podstawówki, do tego tylko czasu ekscytowały mnie ułańskie obrazki, później jakoś się opamiętałem, nie znaczy to jednak, że wszyscy się opamiętali. Tak jest, to Malczewski z Kossakami nam stworzyli Polskę, w niewoli symbolizmu tego pierwszego i batalistyki upiornych Kossaków żyjemy, między snem, narkotyczną wizją śmierci, a szarżą ułańską w niewiadomym kierunku.

Nie wszystkie dzieła mną w tak przykry sposób wstrząsnęły, są tam rzeczy olśniewające, jest psychodeliczna Zofia Stryjeńska i obłędne drzeworyty Władysława Skoczylasa, jest odjechana „Szarża” Jerzego Hulewicza i porażający dziś bardziej niż sto lat temu obraz „Uchodźcy” Jana Rembowskiego, a jednak wszystko tu się w straszliwym cieniu „Piłsudskiego na Kasztance” rozgrywa. Kto nie widział w życiu tysiąc razy „Piłsudskiego na Kasztance”, ten z pewnością niewidomy, ale w Muzeum Narodowym na oczy cudownie przejrzy. Wisi w eksponowanym miejscu ta zemsta Wojciecha Kossaka na narodzie polskim.

Z muzeum, będąc wciąż w nastroju narodowo-artystycznym, pobiegłem w pląsach poloneza na plac Piłsudskiego, aby na własne oczy obejrzeć pomnik Lecha Kaczyńskiego. W istocie większy jest, masywniejszy i dostojniejszy od niedaleko, lecz w ukryciu stojącego Marszałka. Cały plac Piłsudskiego powoli staje się ciekawą galerią sztuki współczesnej, wyraźna jest tendencja zabudowywania rzeźbami, wszak prócz Kaczyńskiego, Piłsudskiego i słynnych smoleńskich schodów mamy też masywny Krzyż Papieski. Teraz już nie można się zatrzymać, wstrzymanie seryjnego stawiania pomników na tym placu oznaczałoby kapitulację, trzeba stawiać dalej. Jeśli chwilowo nie ma nowych projektów, proponuję zwiezienie tam wszystkich pomników Lecha Kaczyńskiego, jakie są w Polsce, zaręczam, że będzie to cel masowych pielgrzymek turystycznych z całego świata.

Póki jednak nie zwieziono na plac Piłsudskiego wszystkich pomników Kaczyńskiego, postulowałbym wystawę w Muzeum Narodowym, akurat następuje tam wymiana dyrekcji, okazja zatem niepowtarzalna. Na pomysł wpadłem w trakcie zwiedzania części „Krzycząc: Polska!” zatytułowanej „Kult wodza” i przedstawiającej portrety Piłsudskiego oraz jego masywne popiersia. Jest tam zgrabne zatrzęsienie bardzo złych dzieł sztuki. Oglądając niektóre odwzorowania wielkiego Ziuka, utwierdzałem się w przekonaniu, że twórcy tysiąca pomników Kaczyńskiego nie muszą się wstydzić. My to po prostu mamy we krwi.

Pomnik Lecha Kaczyńskiego, wbrew opiniom zgorzkniałych malkontentów, jest bliski doskonałości. Artyście udało się fenomenalnie uchwycić proporcje prezydenta, jest na tym postumencie Kaczyński dokładnie taki, jaki był w rzeczywistości. Zarówno jeśli idzie o długość nóg, obwód głowy, wyraz twarzy, szerokość całej sylwetki, nawet ten niepewny, nieco nieśmiały, a trochę odważny wykrok, jaki robi, nadzwyczaj dokładnie odwzorowuje jego sposób poruszania się. Nawet gdyby pomnik prezydenta miał siedemdziesiąt metrów, a nie siedem, znakomicie byłoby widać, jakiego wzrostu był nasz prezydent, i że był człowiekiem przysadzistym, z ciałem zwartym i mocnym. Kto powie, że pomnik Lecha artystycznie nieudany, to tak jakby powiedział, że Jarosław mało przystojny.

Kontemplacja pomnika Kaczyńskiego, a także oglądanie relacji z Marszu Niepodległości spowodowały, że noc miałem ciężką i męczącą, śnił mi się bowiem wielki marsz pomników Lecha Kaczyńskiego, które to pomniki zresztą po prawdzie są pomnikami Jarosława Kaczyńskiego, bo przecież Jarosław, bratu stawiając pomniki, sam sobie je wystawia. Słowem śniło mi się dwieście tysięcy spiżowych Jarosławów Kaczyńskich maszerujących przez Warszawę.

Wszystkie wojny w dziejach ludzkości dzielą się na te, w których Polacy bohatersko z kimś walczyli, oraz te, których nie było wcale

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.