Bóg za kratkami

Mama zamordowana, opiekować miał się mną ojciec. Ale siedział. Poszedłem siedzieć za nim

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Nawróceni Więźniowie - TEKST ANETA PAWŁOWSKA-KRAĆ ILUSTRACJA PIOTR CHATKOWSKI

BBogusław najdłuższy wyrok miał za morderstwo. Umawiamy się pod Warszawą, wychodzi przed blok.

– Pozna mnie pani po siwej brodzie – uprzedzał przez telefon.

Czeka szczupły, ale mocno zbudowany 70-latek. Siwa broda równo przystrzyżona.

Gdy pierwszy raz wylądował za kratkami, miał 39 lat. Prowadził wtedy dobrze prosperującą firmę instalacyjną. Na utrzymaniu miał żonę i dwoje dzieci.

– Przestępstwa popełniałem pod wpływem alkoholu – zaznacza.

Alkohol, jak tłumaczy, był sposobem na rozładowanie napięć, a napięcia wynikały z „niedociągnięć w małżeństwie”. Problemem okazała się rozbieżność poglądów.

– Byłem komunistą, ateistą. Nigdy tego nie kryłem i od początku zaznaczałem, że nie będę chciał chrzcić dzieci. Żeby w dorosłości same zdecydowały. Ateizm wyniosłem z domu, wydawało mi się to słuszne. Mój ojciec był pierwszym sekretarzem partii w powiecie. Zacząłem pić, bo żona wywierała na mnie presję i z dziećmi uciekała z domu do swojej mamy. Może byśmy się dogadali, gdyby teściowa tak jej nie kibicowała. Wtórowali też bracia. Czasem siłą, ale ja też umiałem się bić, służyłem kiedyś w jednostkach specjalnych.

Chrzest wymusiła. Były już wtedy kilkuletnie. Syn szedł do chrztu w małym garniturku. Powiedziałem jej: rób, co chcesz, ale ja w tym udziału nie wezmę. Nie wziąłem.

W latach 80. bardzo dużo zarabiałem, ale nie było mnie w domu od poniedziałku do piątku. W czasie pracy nie piłem. Wyglądało, że wszystko jest w porządku, ale wewnętrznie nie dawałem rady. W domu nie wolno mi było pić, więc wychodziłem. Przepuszczałem wtedy mnóstwo pieniędzy. Kiedy byłem pijany, nie biłem żony, ale krzyczałem. Ona zabierała dzieci i znikała na kilka dni u matki. I tak ciągle.

Konflikt się zaostrzał. Zostałem sam na siedem miesięcy. Zacząłem zaniedbywać pracę. Żona wystąpiła o rozwód. Oddawałem jej pieniądze, a zarabiałem dziesięciokrotność średniej krajowej.

Punktem zwrotnym była chwila, gdy po raz pierwszy napiłem się denaturatu. Potem już głównie to piłem. Był tani.

Z dziećmi miałem wcześniej wspaniały kontakt.

Uśmiecha się na wspomnienie. – Jeździliśmy na ryby, graliśmy w piłkę. Kontakt się urwał, gdy syn miał 13 lat, córka 10. Kiedy dzieci do mnie przychodziły, byłem albo pijany, albo na kacu. Zaczęły się mnie bać. Byłem agresywny po alkoholu, nigdy wobec nich, ale widziały moje wybuchy.

Opóźniałem się z zapłaceniem alimentów. Poprosiłem żonę, żeby poczekała, bo zaraz miałem dostać pieniądze od klienta. Ale dostałem pięć miesięcy bezwarunkowej odsiadki. Gdy pytałem, czemu tak zrobiła, powiedziała, że chciała mnie wyrwać z kręgu pijących pseudokolegów. Nie udało się, piłem dalej. I szybko wróciłem za kratki – za pobicie. Byłem pijany, ktoś powiedział za dużo, zareagowałem. Dostałem cztery lata. Bardzo szybko wsiąkłem w środowisko więzienne, po wyjściu natychmiast wracałem do picia. Kolejna bójka i trzecia odsiadka. Wtedy już miałem dosyć takiego życia, postanowiłem, że nie będę się upijał. Ale kiedy przekroczyłem bramę więzienia – natychmiast wpadłem w te same tory.

Byłem skrajnie wykończony. Ważyłem 42 kilogramy. Byłem sam, kiedy przechodziłem delirium. Przyszli do mnie ludzie, którzy chcieli kupić mieszkanie. Nie zgadzałem się. Kiedy wychodzili, jednemu z nich przy drzwiach odsunęła się marynarka, zobaczyłem, że ma butelkę z wódką. – Wróćcie tu, panowie – zawołałem za nimi. Za tę butelkę sprzedałem im mieszkanie.

Zapłacili za wynajęcie dla mnie jakiegoś lokum na pół roku z góry. Z właścicielem lokum też piłem. To był 9 grudnia 1995 roku. Tego dnia jak zwykle piliśmy, być może miałem urojenia, ale widziałem, jak ten człowiek mnie zaatakował. Broniłem się, uderzyłem go w klatkę piersiową. Potem nie pamiętałem. Zdziwiłem się, gdy następnego dnia przyjechała policja, zabrano mnie na komendę. Usłyszałem zarzut morderstwa. Jedno z połamanych żeber przebiło mu płuco.

Poczułem strach – nie przed wyrokiem, ale przed sumieniem, że będzie mnie dręczyło. W więzieniu w nocy słyszałem głosy: powieś się. To były powroty delirium. W dzień nie miałem omamów.

Chciałem iść na terapię. Tam doszło do mnie, że stałem się niebezpieczny dla społeczeństwa. Nie chciałem taki być. Zależało mi też na relacji z dziećmi. Napisałem list do syna. Przychodzi oddziałowa i mówi: Cichocki, list do ciebie. Ucieszyłem się, że jest odpowiedź, ale oddziałowa mówi: ja przeczytam.

Przymyka oczy i z pamięci cytuje: „Zapytałem w prokuraturze, czy przysłanie dokumentów, o które mnie poprosiłeś, skróci ci wyrok. Bo gdyby tak było, na pewno bym ci ich nie wysłał”. Zabolało.

Któregoś dnia zobaczyłem na „peronce”, czyli więziennym korytarzu, człowieka z brodą. Pytam kumpla: „Co to za frajer?”. „To ksiądz” – usłyszałem. „No co ty, z obrączką?” – zdziwiłem się. Podszedłem, dowiedziałem się, że jest pastorem ewangelickim. Poprosiłem o 15 minut rozmowy, co zamieniło się w dwugodzinne spotkanie. Miałem wiele pytań, wyrzuciłem z siebie dużo brudów, nawet najgorsze. Czułem się oczyszczony. Przestałem obwiniać innych za miejsce, w którym byłem. Zaczynałem rozumieć, że to nie żona jest winna temu, że piłem, tylko mój brak dojrzałości emocjonalnej. Napisałem do dzieci drugi, dojrzalszy list. Córka odpisała: „Cieszę się, że przechodzisz takie zmiany, ale wybacz, nie wierzę ci”. Syn inaczej: „Gdybym wiedział, że się tak zmieniasz, dałbym ci wcześniej znać, że mama jest chora, i zobaczylibyście się jeszcze przed jej śmiercią”.

Sędzia wypuścił mnie warunkowo, choć zaznaczał, że recydywistom i mordercom warunkowego nie daje. Po wyjściu nie piłem. Wynajmowałem mieszkania, za które mogłem zapłacić jakąś pracą. Z dziećmi kontakt był słaby. Wsparcie dostawałem od obcych ludzi na mityngach AA.

Syn zaprosił mnie na Boże Narodzenie. Przyjąłem zaproszenie. Dzieliliśmy się opłat-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.