Chcemy bomby atomowej! czyli ekstaza przyszłości

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Noworoczny, wyjątkowo gruby numer tygodnika „Do Rzeczy” przyniósł masywny zestaw tekstów o przyszłości Polski, tej najbliższej i tej za sto lat. Gdybym miał streścić je dwoma słowami, napisałbym: Będzie dobrze. Gdybym miał rozwinąć to streszczenie, dodałbym, że będzie bardzo dobrze. Gdybym miał szarżować, tak jak szarżuje redakcja „Do Rzeczy”, wykrzyknąłbym: Będzie wspaniale! W nawałnicy kasandrycznych tekstów o nadciągającym kryzysie, o katastrofie ekologicznej, o świecie stojącym na krawędzi wojny artykuły, wywiady, a nawet fikcja literacka „Do Rzeczy” dają coś więcej niż nadzieję. Dają pewność, że Polska będzie potęgą w każdej dziedzinie: politycznej, militarnej, gospodarczej, ekologicznej nawet. Poczułem wyraźną ulgę.

Jestem niezbyt wiernym, ale jednak zaciekłym wielbicielem prawicowego science fiction, czasami lubię dla specyficznej radochy sięgnąć po takie wybryki pisarskie. Nie znaczy to, że unikam publicystyki, lecz fikcja literacka zawsze jest ciekawsza niż każdy artykuł. Co akurat w piśmie „Do Rzeczy” różnicy wielkiej nie robi – tam się wszystko da przeczytać jako wykwit niepohamowanych żądz literackich, a procent natchnionych pisarzy wśród redaktorów jest największy w kraju. Wszak sam naczelny Paweł Lisicki to wzięty fantasta religijny, wspominać takich gigantów jak Rafał Ziemkiewicz, Waldemar Łysiak, Marcin Wolski, Piotr Zychowicz nawet nie ma co: czapka sama spada z głowy.

Noworoczny numer „Do Rzeczy” przeczytałem zatem od pierwszej do ostatniej strony, zreferować wszystkiego się nie podejmuję, pomijam tu zatem rytualne masowanie lędźwi prezesa i premiera, pomijam nawet jeszcze bardziej rytualny wywiad z amerykańskim politologiem George’em Friedmanem, który uporczywie wmawia nam, że Polska będzie niebywałą potęgą militarną, a pomijam, ponieważ czytałem książkę Friedmana niemal dziesięć lat temu i jestem na te wizje uodporniony w stopniu najwyższym. Pomijam nawet materiał o tym, że Polska powinna mieć broń atomową, choć tego pominąć się nie da. Nie da się pominąć, albowiem wywiad z Markiem Janem Chodakiewiczem wprowadza rodzime science fiction na najwyższy poziom. Sam nadtytuł „Polska to ostatnia enklawa łacińskiej cywilizacji” wystarcza za całą lekturę, ale poza nadtytułem są tam jeszcze inne mocne tezy. Polsce wedle tej wizji niewiele brakuje do tego, aby zostać największym obok Stanów Zjednoczonych mocarstwem na świecie, brakuje drobiazgu, mianowicie arsenału nuklearnego. Chodakiewicz uważa, że to w zasadzie sprawa przesądzona, kwestia wyłącznie czasu, aż wejdziemy w posiadanie odpowiedniej liczby bomb atomowych. Owe zasoby jądrowe, wraz ze skuteczną reewangelizacją Europy oraz przywróceniem mszy trydenckiej, uczynią z nas największego obok Ameryki gracza. Z bronią jądrową prosta sprawa – Amerykanie nie mają powodu, by nam jej nie sprezentować, co jasno wynika z wywiadu z Chodakiewiczem, ale jak przywrócić mszę trydencką? Tego bym się chętnie dowiedział – mszę posoborową, odprawianą we wszystkich kościołach unieważnić, a może zdelegalizować? Masowe korepetycje z łaciny wprowadzić do szkół i zakładów pracy? Mocą ustawy sejmowej, natychmiast podpisanej przez prezydenta, jedną ręką rakiety zainstalować, a drugą ręką starą formę rytu rzymskiego przywracać?

Pomijam zatem wywiad z Chodakiewiczem, a to, że się o nim rozpisuję, nijak nie unieważnia tego pomijania.

Nie pominę jednak tego, co mnie do zakupu „Do Rzeczy” nakłoniło, mianowicie opowiadania, którego autorem jest Piotr Gociek, nie tylko redaktor tygodnika, ale i wytrawny pisarz, tutaj futurystyki pod zaskakująco jednoznacznym tytułem „Jutro będzie jutro”. Tysiące grafomanów męczy się w konwulsjach, aby nadać swej wysublimowanej prozie wstrząsające tytuły, a tu przychodzi Gociek i daje od niechcenia najlepszy tytuł, jaki można sobie wyobrazić. Goćka tu nie traktuję jako autora posiadającego odrębną dykcję, prozaika (mało kto wie, ale lata temu był Gociek też poetą) idącego niełatwą, ale własną pisarską drogą, otóż traktuję jego nadzwyczaj gęste opowiadanie jako emanację fantazji charakterystycznych dla całej grupy literackiej, która prowokacyjnie, ale i dla zwykłej zgrywy nazwała się „Do Rzeczy”.

Niby intrygujące jest to, że science fiction oraz wszelkie utopie, antyutopie oraz historie alternatywne są w Polsce domeną pisarzy prawicowych, ale zarazem nie jest to nijak zaskakujące. Lewicowa fantastyka byłaby nudna jak państwo opiekuńcze, o fantastyce centrowej szkoda gadać, wyobraźcie sobie utopię, w której wszyscy mają wyważone poglądy i kierują się potrzebą kompromisu: nikt nie skończy czytać takiej książki, a i nikt nie zacznie. Na samą myśl zaś o utopiach liberalnych czuję nieprzepartą potrzebę zostania analfabetą. Co innego prawicowe fantazje o przyszłości, tutaj nieodmiennie się dużo dzieje; mniejsza z tym, czy dzieje się z sensem, utopie zazwyczaj są bezsensowne, co nie znaczy, że nieciekawe. Antyutopia też wyjątkowo niełatwa sprawa i trzeba do tego geniuszu Orwella albo Huxleya, ale skoro nie mamy Orwella z Huxleyem, to mamy Goćka i z tego też radość czerpać należy.

Gociek daje nam trzy wersje Polski za sto lat, niby mało, ale wystarczy. Wersja pierwsza jest skrajnie pesymistyczna i do niej byłbym skłonny się przychylić: to, co kiedyś było Polską, jest postapokaliptycznym wygwizdowem, gdzie Wisła wyschła, a zarazem padają radioaktywne deszcze, wieją ekstremalne wichury, ludność składa się z głodnych obdartusów, a ponurą tę przestrzeń przemierzają karawany wiozące śmieci, albowiem, jak się zdaje, Polska jest czymś na kształt składowiska odpadków z lepszego świata – poniekąd nie taka znowu to futurologia.

W wizji drugiej, niepohamowanie publicystycznej, Europę upadłej lewackiej cywilizacji zaludniają wyłącznie starcy, a eutanazja oraz terror poprawnościowy przetrzebiły niemal całą populację. Z kontekstu wynika, że jeszcze tylko Rosja się trzyma. Przyznam, że czytam takie wizje z narastającym znużeniem, im bardziej radykalne – tym mocniej usypiające.

Dopiero jednak w trzeciej wizji widać prawdziwy żar i tu już ponurych żartów nie ma, albowiem to wizja ekstatyczna. Ekstatyczne wizje przyszłości, a także i przeszłości oczywiście, w wydaniu prawicowych pisarzy to jest coś, co bez wyjątku czytam w zachwycie. Tak jest i teraz, pewien niepokój budzi wyłącznie perspektywa czasowa: dlaczego dopiero za sto lat? Nie dałoby się za dziesięć? Za rok? Za mojego życia oraz za życia wszystkich czytelników Goćka i moich? W każdym razie w przyszłości Polska jest Rzeczpospolitą Wielu Narodów, imperium zbierającym ziemie litewskie, ukraińskie, białoruskie (rozgrzał głowę Friedman, co?). Imperium będące „światowym liderem w recyklingu powietrza” (tutaj tchu mi zabrakło), imperium, na które Amerykanie są wściekli, że pierwsze na świecie dało sobie radę z rozwiązaniem problemu zimnej fuzji (a gdzie bomby jądrowe?). Więcej: polska sztuczna inteligencja należy do najlepszych w świecie. Jeszcze więcej: polscy bankierzy doradzają Szwajcarom, a polscy lekarze jadą szczepić Duńczyków i Norwegów, co by stamtąd nie przypełzły jakieś epidemie. Agencja Kosmiczna Trójmorza zaczęła eksplorację pasa asteroid, polskie towarzystwa kredytowe finansują kopalnie węgla na planecie Ceres. O tym, że w tym samym czasie ostre zamieszki na ulicach Brukseli i Düsseldorfu, nie wspominam, podobnie jak o tym, że zachodnia część Europy to kalifat. Nie wspominam, bo wszak to więcej niż oczywiste.

„Polska to ostatnia enklawa łacińskiej cywilizacji” – wywiad „Do Rzeczy” z Markiem Janem Chodakiewiczem wprowadza rodzime science fiction na najwyższy poziom

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.