Z Edytą Matusik, byłą naczelniczką w Ministerstwie Zdrowia, rozmawia Judyta Watoła

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga -

Czuje się pani odważna?

– Nie wiem.

Ma pani przeciw sobie Ministerstwa Zdrowia, CBA, prokuraturę i nie ustępuje.

– No to może trochę odważna jestem. A w każdym razie śmiała.

Pół roku temu wyrzucili mnie z resortu zdrowia za zgłaszanie ministrowi, że przy decyzjach o refundacji leków łamie się prawo. Opowiedziałam o tym w mediach, zgłosiłam służbom, a one nic. Dlatego w gorszych chwilach czuję się bezradna. Ale zaraz potem, kiedy czytam kolejny artykuł o skandalu z wysokimi cenami leków, to czuję, że nie mogę odpuścić, i znów wstępują we mnie siły. Nie zamilknę, choć mnie straszą. Chodzi przecież o to, żeby zwykli ludzie mniej płacili za leki. I NFZ też. Wtedy zaoszczędzimy pieniądze i będzie na leki, które jeszcze nie są refundowane.

Kto panią straszy?

– Zaraz po tym, gdy wyrzucili mnie z pracy, czyli na początku lipca, pojechałam z mężem i dziećmi na wakacje do Włoch. W tym samym czasie zaczęły się ukazywać pierwsze artykuły o tym, co działo się w departamencie polityki lekowej, na przykład z herceptyną na raka piersi. W czerwcu wchodził na rynek jej tańszy zamiennik, ale moi przełożeni robili wszystko, żeby ten tani zamiennik był tylko dla wąskiej grupy chorych, a reszta by dalej przyjmowała drogi oryginalny lek. Inne artykuły dotyczyły leków, którym na życzenie ich producentów ministerstwo podniosło ceny i przez to pacjenci musieli do nich więcej dopłacać.

Zadzwonił do mnie, do tych Włoch, bardzo wysoki urzędnik z Ministerstwa Zdrowia i powiedział, że te artykuły to moja sprawka i jeśli dalej będą się ukazywać, to skończę jak były dyrektor mazowieckiego oddziału NFZ.

Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Nie wiedziałam, co takiego spotkało tego dyrektora z Mazowsza. Próbowałam dzwonić do znajomych i dowiedziałam się, że go wyprowadzili w kajdankach. Za co, do dziś nie wiem.

Miałam też telefon od byłego szefa z departamentu polityki lekowej w ministerstwie, który teraz pracuje dla firm farmaceutycznych. Mówił, że „państwo się mną zajmie”, służby mnie sprawdzą. Od tamtego czasu pewnie już na wylot sprawdziły, ale nic nie znalazły.

Wiem też, że jednego z byłych wiceministrów pytano, czy coś na mnie ma, czy czymś mu się nie naraziłam. Chyba ciągle czegoś na mnie szukają, żeby mnie uciszyć. Potem mam telefony od znajomych. Pytają, czy się nie boję.

I co? Boi się pani?

– Czasami tak, czasami nie. Na początku zupełnie się nie bałam. Wierzyłam głęboko, że jak zawiadomię kogo trzeba o łamaniu prawa przy wydawaniu decyzji o lekach, to wszystko się wyprostuje. Najpierw zgłaszałam wiceministrowi Marcinowi Czechowi, gdzie łamie prawo. Że na przykład nie można się godzić na podwyższanie cen leków, którym zaraz kończy się wyłączność rynkowa producenta, bo zakazuje tego artykuł 13 ustawy refundacyjnej, który mówi, że w tym momencie producent musi obniżyć cenę co najmniej o 25 procent.

Ale on na to nie reagował, więc postanowiłam zawiadomić ministra Łukasza Szumowskiego. Przecież minister powinien strzec praworządności w resorcie! No, ale minister mnie wylał z pracy. Z wypowiedzenia dowiedziałam się, że składałam doniesienia „o nieistniejących nieprawidłowościach”.

Zaraz potem zgłosiło się do mnie ABW. Byłam przekonana, że jak tylko wszystko im opowiem, od razu wkroczą do ministerstwa, że inne służby też już pod drzwiami stoją. Może dlatego tak myślałam, że wcześniej w ogóle się nie interesowałam polityką, tylko pracą i rodziną, bo mam trójkę dzieci.

Ale służby nie stały pod drzwiami i nie wkroczyły...

– No właśnie! A wcześniej nieraz przecież CBA przychodziło do departamentu, przepytywało nas, niższych urzędników, na okoliczność różnych decyzji. Jednym słowem leków pilnowało. CBA pisze w odpowiedzi na pani doniesienia o łamaniu prawa przy lekach, że jest pani niekompetentna, że należy pani do grupy osób, które „bez względu na okoliczności uznają za zasadne ciągłe agresywne obniżanie cen leków”.

– Nie wiem, czemu to miałaby być wada! Przecież chodzi o to, żeby leki były jak najtańsze. Napisali też jeszcze, że podwyżki są dobre, ponieważ cały ich ciężar został przerzucony na pacjentów, a NFZ nic na tym nie stracił. I że przymuszanie tych producentów do obniżek powoduje globalne perturbacje. Próbują mnie zdyskredytować, ale takimi stwierdzeniami raczej kompromitują sami siebie.

Awanturuje się pani, zamiast jako cicha farmaceutka spokojnie sobie pracować w aptece?

– Ależ ja pracowałam w aptece przez pięć lat. Zrezygnowałam ze względu na dzieci, bo to była praca także popołudniami, a ja chciałam przy nich być. Przeniosłam się wtedy do mazowieckiego oddziału NFZ, gdzie pracowałam w wydziale gospodarki lekami. Później przeszłam do innego działu i tam przygotowywałam decyzje o tzw. świadczeniach za zgodą płatnika. Szpital chciał, byśmy zapłacili za leczenie, którego nie ma w katalogu NFZ. Wtedy fundusz musi wydać indywidualną zgodę na taką terapię. Często chodzi o osoby bardzo poważnie chore i drogie leczenie.

Dawaliście te zgody?

– Raz tak, raz nie. Pamiętam matkę dwójki dzieci. Miała raka piersi. Dostała odmowę na leczenie herceptyną w ramach chemioterapii niestandardowej. Potem to leczenie weszło do katalogu, ale wtedy NFZ jej odmówił. Byłam przekonana, że niesłusznie. Nie chciałam więcej na to patrzeć i przeniosłam się do ministerstwa.

Decydowanie o życiu i śmierci od pani też zależało?

– My ocenialiśmy wniosek tylko pod względem formalnym. Decyzję podejmował kto inny. Zauważyłam, że zawsze w tego typu decyzjach wchodzą w grę jakieś subiektywne odczucia. Mniemanie jednego człowieka, czy jakiś lek albo terapia może pomóc, czy nie. Tak nie powinno być. Żadnych indywidualnych zgód.

To znaczy, że NFZ nie powinien dawać zgody na leczenie, którego nie ma w katalogu? Nawet jak może uratować człowieka!?

– Powinny być jasne kryteria i przepisy, a nie jednoosobowo podejmowane decyzje.

Ale nie wszystko da się ująć w przepisach. – To niech taka zgoda nie zależy tylko od jednego człowieka. Bo jedne szpitale leczą ciężko chorych bez oglądania się na to, czy terapia jest w katalogu, i dopiero potem próbują dostać za to pieniądze z NFZ. Ale inne, zanim zaczną leczyć, pytają w funduszu. NFZ odmawia i chory zostaje z niczym. To jest niedobre. Decyzja o leczeniu nie powinna zależeć od jednego urzędnika, który w dodatku zawsze boi się, czy go aby nie oskarżą, że niezasadnie wydaje publiczne pieniądze. Często zresztą lekarze w przekonaniu, że ten urzędnik i tak nie da zgody, nawet nie składają wniosku na leczenie spoza katalogu. Więc życie i zdrowie nie powinno zależeć od jednego urzędnika. Jak już, to może niech decyduje jakieś gremium, jakaś rada.

Inaczej chorzy mają poczucie, że ich potrzeby się nie liczą, że nie dostają tego, co im się należy. Inni powtarzają, że NFZ ma za mało pieniędzy. Ale to nieprawda. Pieniędzy jest dosyć. Tak!? To dlaczego ósemce dzieci z zespołem TRAP ministerstwo latami odmawiało refundacji leku za marne 2 tysiące na miesiąc. Wydawało za to na prawników i przegrywało w kolejnych instancjach. Sąd kazał lek refundować, a ministerstwo się upierało, że nie.

– Zgoda. To był absurd. Na szczęście ten lek wszedł w końcu do refundacji. Ale powiem pani, dlaczego tak wcześniej się działo: jeden z dyrektorów uznał po prostu, że ten lek nie powinien być refundowany. Kiedy dyrektor się zmienił, problem zniknął. Innym razem wchodziły nowe leki dla chorych na białaczki, szpiczaki i chłoniaki. Wtedy od innego dyrektora usłyszałam, że hematoonkologia jako dziedzina go nie interesuje i nie będziemy się na razie nią zajmować. I już. A on się chyba po prostu bał, że nie podoła, bo hematoonkologia to bardzo skomplikowane leczenie. Czuł się za słaby na negocjacje.

CBA pisze o pani uporczywej presji na obniżki cen leków. Może jest pani skąpa?

– Jestem po prostu pragmatyczna i nie lubię marnotrawstwa, od najmniejszej rzeczy po największą.

Maź przyniósł do domu orzechy. Kupował je od prywatnego gospodarza. Były zbierane po deszczu, więc były mokre, a on je zostawił w torbie i zapomniał. Orzechy zapleśniały i trzeba je było wyrzucić. Do furii mnie to doprowadziło. Nienawidzę bezsensownego marnotrawstwa.

Tak samo nie mogłam patrzeć, jak się marnują pieniądze na refundację leków. Wiceminister Czech zgodził się na podwyżkę leku Xarelto, który ma działanie przeciwzakrzepowe. Dzwonili potem do nas do departamentu zwykli ludzie i pytali, jak to możliwe, że kiedy kupują xarelto na refundowaną receptę, to płacą więcej niż za opakowanie, które nie jest refundowane. Jedna pani pytała: kto to wymyślił? Dzwonili inni staruszkowie i strasznie się tym denerwowali. A co ja mogłam im powiedzieć? Tylko, że się zgadzam, ale to nie zależy ode mnie.

W innych sprawach też dzwonili?

– Tak. Pytali na przykład, jak się dostać do programu lekowego. Albo czy mogą dostać tańszy lek niż ten, który im lekarz przepisał. No to tłumaczyłam. Byli przestraszeni, ci najciężej chorzy wręcz zgnębieni. Pacjent w Polsce jest w ogóle maltretowany brakiem informacji. Widzę dwa największe grzechy naszego systemu zdrowotnego: wydawanie jednoosobowo decyzji i brak informacji dla chorych, zwłaszcza przewlekle. Pamiętam 2012 rok, kiedy wchodziła w życie ustawa refundacyjna. Pracownicy firm farmaceutycznych się skarżyli, że są przez was traktowani wręcz nieludzko. Bo wychodzili z negocjacji, nie mając pojęcia, jaki jest ich efekt.

– Początki ustawy były trudne, nie było sympatycznie między urzędnikami i firmami, ale zasady były jasne. Ceny leku negocjowała tylko komisja ekonomiczna. Po zakończeniu negocjacji ministerstwo publikowało projekt listy leków refundowanych i jeśli coś w nim poprawiano, to tylko jakieś drobne błędy. Nie było dopisywania do listy leków, które w projekcie się nie znalazły. I nie było podwyżek cen leku na życzenie producenta. Jeśli jakiś lek dla pacjentów drożał, to tylko dlatego, że na listę wszedł jego tańszy zamiennik. Teraz jasnych zasad nie ma. Ministerstwo na życzenie wybranych firm podnosi im ceny leków. Tłumaczy, że inaczej wycofają się z Polski. To bzdura, żadna firma jeszcze tego nie zrobiła.

„Uporczywej presji cenowej” też nie ma. W trakcie ostatnich negocjacji ministerstwo godziło się, by firmy obniżały ceny leków pro forma, o 1-2 grosze. A one i tak skarżyły się, że resort obdziera je ze skóry. Obniżki o grosz to raczej komedia, a nie presja. Presja byłaby, gdyby od każdego leku żądano obniżki o kilkanaście procent.

Zresztą o tej presji mówią głównie krajowe firmy, które produkują tylko zamienniki leków na ogół od dawna obecnych na rynku. Produkowanie takich leków naprawdę kosztuje grosze, tymczasem jedna z tych firm sprzedaje swoje preparaty po cenach wyższych, niż mają leki oryginalne.

I jeszcze dodam, że w trakcie mojej pracy w departamencie nikt się nie skarżył, że za bardzo naciskam na obniżki. Żadna z firm nie mówiła, że ją skrzywdziłam w negocjacjach. Byłam po prostu skuteczna.

Przed posłami z sejmowej komisji zdrowia powiedziała pani, że nie tylko bezpośrednio przed wyrzuceniem pani z pracy, ale wcześniej też działy się w departamencie niedobre rzeczy.

– Zaczęły się dziać za czasów wiceministra Krzysztofa Łandy, który przyszedł w listopadzie 2015 roku. To on zaczął omijać art. 13, który zmusza firmy do 25-procentowej obniżki. Ludzie z większym doświadczeniem w refundacji doskonale to widzieli, więc chciał ich pozwalniać. Dawał to do zrozumienia. Odchodzili sami. W sumie za czasów Łandy uciekło z departamentu 20 osób. Nie chcieli też brać na siebie ryzyka. Urzędnik, którzy patrzy, jak łamane jest prawo, i nie reaguje, też przecież może za to w końcu odpowiedzieć. Poza tym za Łandy zapanował chaos. Łamał procedury. Ci, którzy odeszli, bali się też tego. Bo w chaosie łatwiej o błąd.

A pani z tego chaosu nie uciekła. Musieli sami panią wyrzucić...

– Bezpośrednim powodem była sprawa herceptyny. Ja jej nie odpuściłam. A wie pani, dlaczego? Bo miałam wyrzuty sumienia za tę herceptynę dla matki dwójki dzieci. Nie postawiłam się wtedy mojemu szefowi, a powinnam

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.