ŁOWCA EMOCJI, CZYLI BYĆ ANDROIDEM

Gazeta Wyborcza - Gazeta Telewizyjna - - NIEDZIELA - KRZYSZTOF VARGA, MYZ

Nie pamiętam, kiedy oglądałem „Łowcę androidów”, ale niewątpliwie w domowych warunkach, przy pomocy pierwszego na osiedlu odtwarzacza wideo będącego w posiadaniu kolegi mieszkającego dwie ulice dalej; były to czasy, gdy zdawało się, iż kaseta VHS jest wynalazkiem, który nieodwołalnie zmieni świat, że w istocie nic już doskonalszego się nie wymyśli. Zapewne wtedy po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: „Co to znaczy być człowiekiem?”. Ten oszałamiający obraz, jedno z kanonicznych dzieł nie tylko kina science fiction, ale też kinematografii wogóle, stoi obok takich filmowych antyutopii jak „2001: Odyseja kosmiczna”, „1984”, „Matrix” czy „Metropolis”, a całkiem popularna jest teza, iż to najważniejszy film science fiction w dziejach.

Antyutopii właśnie, bo nigdy nie uznawałem „Łowcy androidów” za zwykły film science fiction ani nawet za film noir w futurystycznym przebraniu, zresztą każde science fiction jest po prawdzie, a przynajmniej powinno być, antyutopią. Wówczas, w szarzyźnie i błocie konającej komuny, nawet opowieść o androidach była atrakcyjną alternatywą dla rzeczywistości lat 80.; zanieczyszczenie powietrza, nieustające deszcze, nieodganialny mrok – proszę bardzo, z największą przyjemnością; posthumanizm, technototalitaryzm – nie ma najmniejszego problemu, bo jednak przestrzeń wolności jakby wciąż większa niż w Peerelu. A wokół pulsujące reklamy japońskiej elektroniki, orientalne jedzenie, wszystko niby przerażająco mroczne, a zarazem nieosiągalnie kolorowe. Ma się rozumieć, że cała sympatia była po stronie replikantów, sztucznie wyhodowanych ludzi, których zadaniem była niewolnicza praca na pozaziemskich koloniach. Aspirujące do wolności i pragnące zyskać prawa człowieka androidy bliższe nam były niż opresyjna ludzkość. Aluzja dla wegetującego w komunizmie nastolatka aż nazbyt oczywista – czułem się jak replikant, który resztę życia spędzi jako robotnik przymusowy w pozaziemskiej kolonii zwanej Polską.

BLADE RUNNER 2049

film s.f.,Wielka Brytania/USA/ Kanada/Węgry 2017, reż. Denis Villeneuve, wyk. Ryan Gosling, Harrison Ford, Robin Wright | hbo powt. poniedziałek 15:30, środa 20:10

Nowy „Blade Runner” rozgrywający się w nieodległym przecież roku 2049 podobnej scenografii się trzyma, tyle że jeszcze piękniejszej; mam mocne przekonanie, że równie obłędnego wizualnie filmu od bardzo dawna nie widziałem. Dziwić się nie należy – ma reżyser Denis Villeneuve mocną do malarskich kadrów skłonność. „Blade Runner” jest poniekąd malarstwem o filozoficznym wydźwięku.

Wnowym „Blade Runnerze” niewiele się zmieniło, jeśli idzie o świat przedstawiony, w porównaniu z pierwowzorem z roku 1982, na przykład wciąż istnieje Związek Radziecki. Nietrudno to przeoczyć, mimo iż dobiegający zza kadru język rosyjski każe wyostrzyć ucho i wzmocnić zmysł wzroku, podejrzewać, że Los Angeles połowy XXI wieku nie tyle jest już miastem amerykańskim, ile rosyjskim, a przynajmniej wielonarodowym i wielojęzycznym. Lecz jest i wskazówka konkretna: jedna z hologramowych reklam wyświetla zaproszenie do odwiedzenia jako żywo ZSRR. Niby to nawiązanie do starego „Łow- cy androidów”, ale czytać to trzeba jako przyszłość przerażająco bliską – osobiście skłaniam się ku przekonaniu, że wszystko idzie w kierunku restytucji Związku Radzieckiego, a nawet i całego bloku wschodniego. Wizja, w której Ameryka w roku 2049 znajduje się pod panowaniem Rosji, nie wydaje mi się wcale surrealistyczna, i nie mam tu na myśli koniecznie panowania zbrojnego, ale panowanie polityczne, cywilizacyjne, kulturowe – jak najbardziej. Poniekąd już teraz połowa Europy i kawałek Ameryki są pod panowaniem Rosji, już Rosja perfekcyjnie kolonizuje świat – ponieważ jestem z natury optymistą, uważam, że nieuchronne zwycięstwo Rosji nad Zachodem i zruszczenie Ameryki nie będą aż tak straszne i da się z tym jakoś żyć.

Opowieść cała tu na tym polega, że replikant Gosling zostaje wysłany na misję dobijania ostatnich androidów starego typu, które jeszcze nie były tak ślepo posłuszne jak najnowsze egzemplarze. Jednakowoż wpada na ślad tajemniczego porodu sprzed lat, a jasno z tej historii wynika, że replikantka, sztuczna kobieta, urodziła dziecko ze związku z człowiekiem – wielki krok w posthumanizmie. Tyle że androidowi roi się, iż to on jest owym dzieckiem zrodzonym – na wzór mitologii greckiej – ze związku człowieka z nieczłowiekiem.

To, co wyczuwałem w nowym „Blade Runnerze”, to sztormowe fale sentymentalizmu – o ile pierwotna wersja tego filmu trącała nutę pretensjonalności momentami, o tyle teraz zdało mi się, że nie pretensjonalność, ale sentymentalność płynie przez ekran. Nie planuję tu fundamentalnego potępienia sentymentalizmu, ja mówię, że ogólne zdziecinnienie kultury tym się również objawia, że wszystko się niebezpiecznie sentymentalne robi. Nawet brutalne filmy kryminalne o psychopatycznych mordercach zabijających dzieci czy obcinających głowy kobietom niosą ze sobą potężną dawkę infantylizmu.

Tak, dzisiaj nawet przemoc, amoże szczególnie przemoc i perwersyjne fiksacje są dziecinne i sentymentalne, azza barokowego kostiumu brutalności nie wyłania się głębsza myśl oczłowieczeństwie: im więcej dekapitacji, tym w istocie wszystko to dosłownie bez głowy robione. Na tym tle „Blade Runner 2049” jawi się jako skończone arcydzieło, a do tego optymistyczna antyutopia – za 30 lat nie dość, że ludzkość wciąż będzie istniała, to jeszcze nie wszyscy jej przedstawiciele będą dokumentnie skretyniali.

Jeśli był film, na który czekałem z rozgrzanymi emocjami, z gorączkową niecierpliwością, to był to „Blade Runner 2049”. Bo jeśli ktoś, obejrzawszy w mrocznej końcówce lat 80. pierwszą jego część, dla niepoznaki po polsku noszącą tytuł „Łowca androidów”, teraz nie czekał na ciąg dalszy po 35 latach nakręcony, to znaczy, że tak naprawdę na nic już w życiu nie czekał

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.