A TERAZ CHCĘ ZAGRAĆ ŚLIMAKA

Gazeta Wyborcza - Gazeta Telewizyjna - - NIEDZIELA - KRZYSZTOF KWIATKOWSKI

Kiedy byłam mała, rodzice zabrali mnie do San Sebastian na wakacje. W życiu bym wtedy nie pomyślała, że po wielu dekadach wrócę tu jako aktorka i jeszcze będę odbierać nagrodę za całokształt twórczości – mówiła Judi Dench we wrześniu w Kraju Basków. A kilka tygodni później w Szwajcarii: – Od teraz Zurich będzie bliski mojemu sercu. Zawsze miło dostawać wyróżnienia. Ale zwykle nie nazywają się Złoty Idol. Jestem tak zaszczycona, że chyba na stałe dopiszę sobie ten zwrot do nazwiska. Wcześniej musiała dodać do niego „Dame”, tytuł szlachecki, który dokładnie trzy dekady temu nadała jej królowa. I właściwie mogłaby nie wysiadać z samolotu i tym swoim niskim głosem, który sama określa jako „przesiąknięty ginem”, dziękować za kolejne wyróżnienia. Bo dzisiaj powszechnie uznawana jest za jedną z największych europejskich aktorek. Ale Judi Dench nie stroi się w piórka. Szkoda jej na to czasu. Nie przypadkiem na 81. urodziny wytatuowała sobie na nadgarstku napis „carpe diem”. Pokazuje się głównie w nobliwych beżowych swetrach, zawsze z tą samą, charakterystyczną, siwą fryzurą. Mówi cicho i spokojnie, ze swoim nieludzko brytyjskim akcentem. Chętnie wspomina męża Michaela Williamsa, z którym spędziła trzydzieści lat, aż do jego śmierci. Bo spokój prywatnego życia i ludzie, którymi się otaczała, zawsze były dla niej ważniejsze niż ceremonie. – Nie wiedziałem, że po gali oscarowej trzeba zwrócić statuetkę, aby wygrawerowali na niej moje imię – opowiadała o jedynej nagrodzie Akademii, którą spośród siedmiu nominacji zdobyła. – Więc dałam ją Michaelowi, a on z nią wrócił do Londynu i zaniósł do pubu. Wcale też nie udaje, gdy śmieje się, że nie mogła podejrzewać, że kiedyś stanie na scenie w San Sebastian jako nestorka brytyjskiego kina. Wychowana w rodzinie lekarza i kostiumografki, marzyła, żeby zostać teatralną scenografką. Ale poczuła się za mało utalentowana. – W latach 50. zaczęłam oglądać sztuki wystawiane w Stratford – opowiadała mi. – Kiedy zobaczyłam scenografię „Króla Leara” z Michaelem Redgrave’em, z r ozumiałam, że nigdy nie dorosnę do tego poziomu. Brakuje mi elementarnej wyobraźni. Jej brat już wtedy był aktorem. Postanowiła też spróbować. Ku własnemu zaskoczeniu została przyjęta do Central School of Speech and Drama i usiadła w ławce z Va- nessą Redgrave. Tak zaczęła się jej wspaniała kariera. W pamięci Anglików zapisała się jako sceniczna Sally Bowles z „Kabaretu”. Była jedną z artystek, które odmieniły Royal Shakespeare Company, sprawiając, że inscenizacje klasycznych tekstów zaczęły pachnieć rzeczywistością.

Kino upomniało się o Dench późno. Grywała w filmach telewizyjnych czy miniserialach. Ale naprawdę z teatralnych desek porwał ją dopiero Kenneth Branagh w latach 90., a za nim choćby John Madden. Reżyser sprawił, że błyszczała najpierw jako królowa Wiktoria w „Jej wysokości Pani Brown”, a później królowa Elżbieta w „Zakochanym Szekspirze”. Do jej drzwi zapukali producenci Jamesów Bondów. Przez dziesięć lat była M, szefową wywiadu, w siedmiu odsłonach cyklu, dodając swojej postaci tyle wymiarów, na ile tylko pozwala rozrywkowa konwencja. A przecież i formuła owych filmów się odświeżyła. Z przyjściem nowych reżyserów i Daniela Craiga pojawiło się w niej miejsce na gorycz i refleksy współczesnego, obolałego świata.

Dzisiaj Judi Dench ma 82 lata. Bawi się aktorstwem. Obok poważnych, przejmujących ról, jak w „Tajemnicy Filomeny”, pozwala sobie na lekkie postacie z „Hotelu Marigold” czy „Pani Henderson”. Chociaż przyznaje, że czuje już swój wiek: – Pogorszył mi się wzrok. Wkinie muszę mieć obok siebie przyjaciela, który będzie szeptał: „Teraz ją pocałował”, „Teraz odeszła ulicą”. Scenariusze, które dostaję, agenci czytają mi jak dziecku.

Ale się nie załamuje. Zoperowała sobie biodro, jeździ po świecie, gra, nie poddaje się agentom. Potrafi wywołać skandal, stając w obronie swojego przyjaciela Kevina Spaceya. Jednocześnie dodaje: „Żałuję jego talentu, nie godzę się na próby usunięcia z historii kina jego wspaniałych ról. Ale za haniebne czyny powinien odpowiedzieć przed sądem”. A kiedy pytam ją o tę jej zaraźliwą energię, śmieje się: – Oczywiście, że ją mam. Co mi zostało? Zawsze mówiłam Michaelowi, że aktorstwo nigdy się nie nudzi. Bo kiedy już ci się wydaje, że wiesz wszystko, wychodzisz na plan komedii i ktoś rzuca ci tortem w twarz. Reakcji na to zwyczajnie nie da się nauczyć. Tylko wie pan, co jest smutne? Że nawet w moim wieku aktorki wpadają w szufladki. Naprawdę chciałabym teraz zagrać ślimaka. Powolnego, złamanego przez życie. I ja się pytam: gdzie są złożone role ślimaków?

Szorstka, ale mądra szefowa MI6 z filmów o Bondzie, zagubiona staruszka próbująca odkryć sekret przeszłości w „Tajemnicy Filomeny”. Ale i królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” albo dawna rosyjska szpieg z „Tajemnicy Joan”. Judi Dench może zagrać wszystko. I zawsze będzie wspaniała

SKYFALL

film sensacyjny, USA 2012, reż. Sam Mendes, wyk. Daniel Craig, Judi Dench, Javier Bardem, Naomie Harris, Ralph Fiennes

| tvp 2

TAJEMNICA FILOMENY

film biograficzny, Wielka Brytania/ USA/Francja 2013, reż. Stephen Frears, wyk. Judi Dench, Steve Coogan, Sophie Kennedy Clark, Mare Winningham

| tvp 2 powt. poniedz. 00:55

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.