BIETĘ

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - KULTURA -

600 tysięcy dolarów. Do Berlina przywiozłam szpule z biletami na nasz film. Za każdy bilet sprzedany za przyzwoitą kwotę jestem gotowa zjeść śniadanie z jego posiadaczem whotelu Sofitel albo zaoferować niewielką rolę na planie. Gdyby można było wystawić na sprzedaż swoją duszę, zrobiłabym to. Choćby na eBayu. Może Nagroda Europejskiej Akademii Filmowej otworzy przed panią drzwi i portfele?

Desperacko wierzę, że ta nagroda pomoże dopiąć budżet. Mam też nadzieję, że jej prestiż sprawi, iż nikt w przyszłości w rozmowie ze mną nie powie, że jestem emocjonalna idlatego nie dostanę pieniędzy. Większość moich filmów zarobiła na siebie, aniektóre przyniosły zysk. Jeśli zatem takiej osobie jak ja mówi się takie rzeczy, to co muszą słyszeć młode reżyserki albo aktorki? One są miażdżone przez takich facetów jak Harvey Weinstein. Niedawno rozmawiałam zprzyjaciółką, która była jedną z jego ofiar. Powiedziała mi, jaką traumę pozostawia to na całe życie. Tacy jak on nie muszą nawet gwałcić ani wymuszać seksu. Jest sto innych sposobów, by upokorzyć i zniszczyć młodą, ambitną kobietę. Myśli pani, że sytuacja kobiet w branży zmieni się po aferze z Weinsteinem?

Nawet jeśli wHollywood powstają takie produkcje jak „Wonder Woman”, o kobiecie wojowniczce, to nie znaczy, że nagle zaczęto tam szanować kobiety. W Europie jest pod tym względem lepiej, tu więcej kobiet reżyseruje – pracowałam uwspaniałej Agnieszki Holland. Kobiety reżyserki płaczą czasem na planie, ale tutaj nikt tego nie piętnuje. WUSA kobieta reżyser musi być bardziej męska niż facet i wciąż pracować dwa razy ciężej. Nieustannie musi udowadniać, że może zasiadać na krześle z napisem „reżyser”.

Tacy ludzie jak ten amerykański prawnik wogóle nie powinni pracować. Jeśli będziemy im pobłażać, nic się nie zmieni. Kiedy walczę opieniądze na kolejny film i chodzę na pitchingi, to komisje, w których dominują faceci, zamiast słuchać tego, co mam do powiedzenia, gapią się na moje nogi. To już nawet nie jest wkurzające. Raczej żałosne. O reżyserii marzyła pani od początku kariery, ale po drugiej stronie kamery stanęła pani 20 lat później.

Krótki film zrealizowałam w wieku 12 lat, apierwszy scenariusz napisałam, mając lat 16. Kiedy spotkałam Richarda Linklatera, nie miałam wielkich doświadczeń jako scenarzystka.

FAle chciałam pisać, a Linklaterowi o taką osobę chodziło. Kiedy powstawał film „Przed wschodem słońca”, uwierzyłam w siebie.

Czas biegnie, a jest tak wiele filmów, które chciałabym zrobić! Zabiera mi to średnio sześć-siedem lat, a więc nie mam zbyt wiele czasu przed sobą. Dobiegam pięćdziesiątki. Chodzą słuchy, że będzie kontynuacja trylogii Linklatera. To prawda?

Wpierwszym filmie w Céline było bardzo dużo ze mnie. Miłość, romans to były wtedy bliskie mi tematy. Dziś z tego wyrosłam. Nie wiem, czy będzie czwarty film Linklatera o nas… Nie chciałabym tego kontynuować. Zrobiłam i napisałam trzy części, to wystarczy. Nie wiem jednak, co myśli Linklater. Teraz muszę walczyć o mój film. Uwielbiam Richar- da i Ethana, ale to nie ma nic do rzeczy. Richard robi swoje hollywoodzkie filmy, Ethan również ma własne plany zawodowe. Czy to, że zadebiutowała pani tak młodo, w wieku 14 lat, i u Luca Godarda, było dobre dla pani?

On był trudny na planie, ale dla mnie wspaniały. Zapamiętałam jego słowa, że moja droga w zawodzie jest jak rwąca rzeka, której różni ludzie dookoła będą się starali przez całe moje życie formować brzegi. Jako dziecko chciałam grać, bo edukowałam się sama przez kino i dzięki kinu. Mój tata, który podobnie jak mama był aktorem, pokazał mi kino Bergmana, Dreyera, Cassavetesa, Fassbindera, Rosselliniego. Moi rodzice żyli sztuką, dawali sobie wolność. Także mnie. Tata zaraził mnie kinem, amama teatrem awangardowym. Zachęcali, bym nie bała się mówić, co czuję i myślę. Usamodzielniłam się w wieku 14 lat. Wtedy właśnie zagrałam w „Detektywie” u Godarda. Potem były role u Caraxa, Taverniera, Saury, Schlöndorffa, Agnieszki Holland, a więc w kinie ambitnym, autorskim. Nie ukończyłam żadnej szkoły aktorskiej, ale te doświadczenia sprawiły, że stałam się aktorką intuicyjną, która może zagrać niemal wszystko. To samo przekazuję synowi i widzę, że dzięki filmom szybciej się rozwija. A Kieślowski? Wasze początki do łatwych nie należały, ale wywarł na panią ogromny wpływ.

„My Zoe” to rodzaj hołdu dla Krzysztofa. Dużo rozmawialiśmy po „Białym”. Dyskutowaliśmy o reżyserii. Wiele pomysłów z planu tamtego filmu do dziś mnie inspiruje. Wiele zawdzięczam Krzysztofowi także jako aktorka. Nauczył mnie wygrywać przed kamerą dwoistość mojego wizerunku.

Co to znaczy?

Zawsze zależało mi na tym, by moje bohaterki były niejednoznaczne. W Europie uważano, że kobiety, które gram, są zimne, cyniczne. Taka przecież jest Dominique. W ostatniej scenie „Białego” dojrzewa do partnerstwa, zrzuca maskę zimnej ryby. W Ameryce dostaję role słodkich Francuzek. O ile w filmie „Przed wschodem słońca” gram arogancką nastolatkę, dominującą nad chłopakiem, o tyle już w „Po zachodzie słońca” role się odwracają. Różne wizerunki kobiecości wcale nie muszą się wykluczać. Portretuje pani w swoich filmach silne kobiety, których mężczyźni na ogół się boją. Jest pani feministką?

Moja matka była feministką, ale ja chyba nie do końca mogę się tak nazwać. Jest we mnie podobna dwoistość jak w moich bohaterkach. Nie znoszę być przedmiotem manipulacji, męskich fantazji, zabawką. Dlatego nie cierpię filmów Tarantino, nie podoba mi się sposób, w jaki traktuje kobiety. Ten facet ma nie po kolei wgłowie. Bohaterki są bite, mordowane, krojone na kawałki, z którymi to cząstkami ciał jacyś zboczeńcy i psychopaci uprawiają seks. Z drugiej strony, mimo iż oczekuję szacunku od mężczyzn irównego traktowania, rozumiem ich lęki iobawy przed zbyt dominującymi partnerkami. Oni naprawdę obawiają się utraty swojej męskości. Lubię mężczyzn, którzy nie obawiają się ujawniać swojej kobiecej natury. Kiedyś, wiele lat temu, powiedziała mi pani, że brakuje pani pewności siebie. Czy teraz, kiedy zmuszona jest pani walczyć o siebie, o swoje kino, to się zmieniło?

To, że wiem, czego chcę, nie znaczy, iż wgłębi duszy jestem pewna siebie. Myślę, że stresuję ludzi, których poznaję, bo w rzeczywistości nie odpowiadam temu obrazowi Julie Delpy, który sobie wyrobili. Nie potrafią pojąć, że ja naprawdę jestem pozbawiona pewności siebie. Myślą pewnie, że kokietuję. Wciąż wydaje mi się, że zmarnowałam zbyt wiele czasu i nie udało mi się zrobić czegoś sensownego ze swoim życiem.

Zamiast mnie słuchać, faceci gapią się na moje nogi. To żenujące

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.