BACKLASH, CZYLI ZATRZYMANA REWOLUCJA

Zamiast dyskusji o przemocy seksualnej i powszechnej zmowie milczenia liberalne intelektualistki i intelektualiści zafundowali nam debatę o zagrożeniach mających wyniknąć z oddania głosu ofiarom

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - OPINIE -

ilans polskiej odsłony #MeToo nie jest imponujący. Tysiące anonimowych świadectw, trzy nazwiska, jedno zwolnienie i jedno zawieszenie współpracy. A przy tym dziesiątki tekstów i setki godzin rozważań o tym, czy akcja nie poszła za daleko. Czy wciąż będzie można flirtować? Czy mężczyzna będzie się bał powiedzieć koleżance z pracy, że ma ładne buty? Czy grozi nam purytanizm? Śmiem twierdzić, że większa wrażliwość na granice drugiej osoby czy obawa przed konsekwencjami ich przekroczenia nie sprawi, że gatunek ludzki wyginie.

Moment, w którym kobiety nareszcie, po raz pierwszy masowo, zaczęły mówić o doświadczeniach gwałtu i molestowania, liberalne intelektualistki uznały za idealny, by przypomnieć o stosunkowo niedawno wywalczonej wolności seksualnej (ich zdaniem zagrożonej) i „kulturze prawa”, nawet jeżeli wcześniej przekonywały, że chroni ona oprawców. Czy ta dyskusja wyglądałaby tak samo, gdyby wśród tych trzech nazwisk nie padło nazwisko cenionego lewicowego publicysty, kolegi ze środowiska, który latami wycierał sobie twarz feministycznymi hasłami, a który przyznał, że jego postępowanie było z nimi sprzeczne?

Agata Bielik-Robson przestrzega przed młodym pokoleniem feministek, które za nic mają kulturę prawa, co „zbliża je w stronę PiS-u”. Agnieszka Graff straszy nową Świętą Inkwizycją, która wolność seksualną zastąpi kulturowym purytanizmem, mówi o „zemście dziewczyn” i martwi się, że gdyby kobiety wysyłały jasne komunikaty, do wielu udanych stosunków seksualnych nigdy by nie doszło. Pochyla się również nad bezbronnymi ofiarami „paniki moralnej”, czyli np. sytuacji, wktórej istnieje ryzyko, że głos kilku kobiet znaczyć będzie więcej niż głos jednego mężczyzny.

Jak seksistowski żart, to za mało, „on tak ma” i „drogie panie, więcej dystansu”. Jak gwałt, to za dużo, to „zemsta”, „lincz”, „pomówienie” i „to są sprawy dla sądu”. Kiedy ona mówi, że doświadczyła przemocy seksualnej, to kłamie, mści się lub przesadza. Kiedy on robi z niej wariatkę, opowiada o jej rzekomych traumach z dzieciństwa i kulisach rozpadu ich związku, to „wyjawia fakty”. W walce „słowo przeciwko słowu” kobieta nie ma i nigdy nie miała szans. Organy ścigania potrzebują niezbitych dowodów, że do przemocy seksualnej doszło. Tych zazwyczaj brak.

BNikt nie kwestionuje zasady prawa karnego, która polega na domniemaniu, że podejrzany jest niewinny, dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok. Należy w tym miejscu przypomnieć, że ponad 90 proc. ofiar przemocy seksualnej nie zgłasza sprawy na policję. W blisko 19 proc. spraw, w których zawiadomiono o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zgwałcenia, nie wszczęto postępowania przygotowawczego. W przypadku aż 36 proc. wszystkich spraw nie doszło do skierowania do sądu aktu oskarżenia w sprawie, a ok. 40 proc. skazanych za gwałt dostaje wyrok w zawieszeniu, pozostali skazywani są średnio na 3,3 roku więzienia. Czy to znaczy, że ofiary powinny milczeć, dopóki nie zapadnie wyrok sądu? „Pytanie, czy da się przeprowadzić tę rewolucję bezkrwawo, nie niszcząc po drodze ludzi albo dbając o to, żeby ci, którzy zostają oskarżeni, to byli Weinsteinowie tego świata, a nie koledzy z pracy” – mówiła Graff w radiowym wywiadzie. Łatwo nam przyjąć, że sprawca jest potworem, zwyrodnialcem, czarną owcą. Weinsteinem. Trudniej – że przemoc seksualna ma wiele twarzy, również pozornie łagodnych. Twarzy znajomych i bliskich. Wliście o „papierowych feministach” podany został mail, na który ofiary mogły przesyłać swoje świadectwa. Czytałam o wielokrotnych gwałtach analnych, szantażach seksualnych i molestowaniu na imieninach cioci. O rodzicach, którzy mówili, że „tak już jest” i że „mężczyzna ma naturalny, dziki instynkt”. Czytałam też o kobiecie, która od dziesięciu lat nie jeździ windą po tym, jak sąsiad postanowił zaspokoić się przy niej „własnoręcznie”. O werbalnym molestowaniu, przez które kobiety odchodziły z pracy.

Tematy, które przez lata podnosiły liberalne feministki, odstawiono na boczny tor. Zamiast dyskusji o przemocy seksualnej jako narzędziu władzy i dominacji, o jej szerokim spektrum, o środowiskowej zmowie milczenia byliśmy świadkami debaty liberalnych intelektualistek i intelektualistów o tym, czy #MeToo niesie wyzwolenie, czy jednak zniewolenie. Czy skażemy na towarzyską banicję tych, których kobieta, być może mścicielka lub wariatka, wskaże palcem? A przecież nie mieliśmy w Polsce przypadku, w którym słowo jednej kobiety zniszczyłoby świetnie zapowiadającą się karierę mężczyzny, odbierając mu jednocześnie prawo do obrony.

Po publikacji listu czytałam i słyszałam o nazwiskach ludzi, na których już nigdy nie spojrzę tak samo. O anonimowych mężczyznach, ale też dziennikarzach, pisarzach, akademikach czy znanych aktywistach. Także tych, którzy aktywnie bronili „papierowych feministów”, i tych, którzy podpisali „list ludzi kultury w obronie standardów”. Większość może spać spokojnie. Ofiary będą milczeć w obawie przed wtórną wiktymizacją, podważaniem ich wiarygodności, towarzyską ochroną sprawców. Ze wstydu, strachu i poczucia braku sprawczości. Czy akcja #MeToo faktycznie poszła za daleko? Felietony Agaty Bielik-Robson i Agnieszki Graff przeczytaj na

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.