PAZURKI ZA PIĘĆ ZŁOTYCH

Po pierwszym włamaniu pomyślałem: no dobrze, okradli mnie i odpuszczą. Po drugim byłem czujniejszy, domykałem okna. Po trzecim opadłem z sił

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - MĘSKA KOŃCÓWKA - Z Witoldem Terendą, weterynarzem, rozmawia Łukasz Pilip

ieraz leczy pan za darmo. Albo kasuje mniej niż inni weterynarze. Pieniądze to nie wszystko. Są? Wporządku. Nie ma? Trudno. Wiem, że mój gabinet jest trochę hipisowski. Gdy go otwierałem, postanowiłem, że tradycją będzie obcinanie pazurków za pięć złotych. Przez 13 lat nie zmieniłem tej zasady. Niektórzy biorą już za samo wejście do lecznicy, ja nie. Powiedzmy, że przychodzę do pana z chorym psem. Musi mieć pilny zabieg, a ja bez pieniędzy, bo wypłata dopiero jutro.

To rozliczymy się kiedy indziej. Z lekami może bym panu odpuścił, ale zabiegi są droższe. Użyję trochę nici do szycia i już wychodzi 50 zł.

Czasami właściciele zwierzaków naprawdę pytają, czy mogliby nie płacić. Tłumaczą, że nie przelewa się wdomu. Większość z nich, gdy przychodzi następnym razem, reguluje poprzednią wizytę. Są jednak tacy, którzy umyślnie nie płacą, choć ich stać. Dopiero po zabiegu oświadczają, że jakoś nie mają przy sobie pieniędzy. Ale na przykład dzisiaj odwiedziła mnie starsza pani z kociakiem. Zakochała się w nim, on ciężko chorował, miał obrzęk płuc. Rano zabrała go do paru klinik, domyślam się, ile mogły kosztować. Wieczorem przyszła jeszcze do mojego gabinetu, poprosiła, żebym osłuchał zwierzaka, czy minął już obrzęk. Zrobiłem to, a ona zaraz wyciągnęła portfel i spytała, ile ma zapłacić. Co miałem zrobić? Nic nie wziąłem.

Nieraz ludzie jadą do mnie przez cały Wrocław. Mówią: „Wolę Witka, bo tam rodzinnie”. Może bierze się to stąd, że podchodzę do pracy z uczuciami? Pogadam, uspokoję pieska czy kota. Nie traktuję nikogo z góry. Nie wolno! W tym skromnym gabinecie nawiązały się przyjaźnie. O, proszę zobaczyć, te ręczniki papierowe, co tam stoją przy ścianie, ktoś mi podarował. Do-

Nstałem też środki do czyszczenia, kwiatki. Pewnego razu odszedł pies, którego leczyłem. Jego właściciel przyniósł mi leki po nim. Bezdomnym zwierzakom też pan pomaga za darmo.

Nie mają opiekunów, więc nikt za nie nie płaci. Teraz trzymałem takiego pieska o imieniu Bąbel. Był bity. Cztery tygodnie przebywał w moim gabinecie, leczyłem go za własne pieniądze. Gdy doszedł do siebie, przygarnęła go pewna pani.

Kiedyś przyszła do mnie kobieta, mówiła, że nie może wejść z malutkim kotem do sklepu. Poprosiła, czy mogłaby go na chwilę zostawić u mnie. Zgodziłem się. Minęła godzina, dwie, trzy. Nadszedł wieczór, akobiety nie ma. Wrobiła mnie. Więc trzymałem kotkę w gabinecie. Tak się zasiedziała, że gdy pracowałem przy stole, wskakiwała mi na ramię i spoglądała jak papuga, co robiłem innym zwierzakom. Wziąłem ją do siebie do domu.

Podobnie było z inną kotką. Otwierałem lecznicę, a tu na klamce worek foliowy, wśrodku jakiś kłębuszek. Pomyślałem: lepszy worek, niż żeby ktoś wywiózł zwierzaka do lasu i przywiązał do drzewa. Więc drugą kotkę, podobnie jak poprzedniczkę, zabrałem do domu. Ma pan gabinet na wrocławskim Nadodrzu. Wpisałem to miejsce w wyszukiwarce internetowej. Wyskoczyła podpowiedź: niebezpieczne osiedle.

To prawda. Morderstwa, napady, narkotyki, alkohol. Inny Wrocław, brak lśniących chodników, marmurów. Kiedyś był tutaj wielki napis na ścianie: „Witamy wBrooklynie”. Trzeba nauczyć się żyć na tym osiedlu. A ja, proszę pana, mieszkam na Nadodrzu od czasu studiów. Już wtedy nie przeszkadzała mi ta okolica.

Kiedyś szedłem w niedzielę po osiedlu i dostrzegłem, jak trzech albo czterech młokosów zaczepiało dziewczynę. Jeden napluł jej w twarz. Myślałem, że to dzieciaki, że dam radę. Podbiegłem, pogoniłem ich, ale jeden zdążył mnie kopnąć. Miałem naderwane ścięgno Achillesa. Odwiozłem tę dziewczynę do domu, choć ledwo wciskałem sprzęgło. Potem przez miesiąc leczyłem kontuzję. Kto inny przyjmował w moim gabinecie. Otworzył go pan w 2004 roku.

Zaraz poszła fama, że Syryjczyk będzie leczył zwierzęta. Albo kiedyś w sklepie zaczepiła mnie sprzedawczyni: „Panie Witku, niech pan wraca do gabinetu. Jacyś ludzie szukają hinduskiego weterynarza”. Śniada cera, ciemne włosy. Można się pomylić.

Jestem Polakiem, ale gdy pan spojrzy na mnie, to nie wiadomo, skąd pochodzę. Może dlatego mam ciągłe kontrole na lotniskach? Kiedyś wysiadałem z tramwaju i zaczepił mnie staruszek, pytając: „Jest pan Żydem?”.

Miałem jeszcze większe problemy przez swój wygląd. Przyczepili się do mnie nacjonaliści. Codziennie podjeżdżali rowerami pod gabinet, darli się, uderzali w okna, rzucali kamieniami, czasem wchodzili do środka. Krzyczeli przy klientach. Kiedyś nie wytrzymałem, zostawiłem pacjenta i wybiegłem za jednym z tej bandy. Dorwałem go, spytałem, o co mu chodzi. Usłyszałem: „Ty ch..., oWorld Trade Center, arabusie!”. Grożono panu śmiercią. I okradano gabinet.

Z tym grożeniem było tak: przyszedł facet, miał na rękach martwego psa. Położył zwierzaka na stole i powiedział: „Ratuj”. A ja: „Przecież on nie żyje. Trzeba go pochować”. Na to mężczyzna wyciągnął wielki nóż kuchenny i zamachnął się. Stałem po drugiej stronie stołu, dzięki czemu zdążyłem odskoczyć. Akurat w gabinecie siedział mój kolega, były policjant. Rzucił się na napastnika, powalił go. Potem sprawdził ze znajomymi funkcjonariuszami, kim był ten facet. Okazało się, że miał przygody z narkotykami.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.