Z

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - MĘSKA KOŃCÓWKA -

nowu za dużo czasu spędza pan w szpitalu. Kiedyś trzeba zapłacić za niecne życie. Niech pan się rozejrzy: co za koszmarne grubasy tu chodzą. Ja na wszelki wypadek nie patrzę wlustro. Żałuję tylko, że te moje hospitalizacje przyszły za późno. Gdyby zdarzyły się przed chorobą Andrzeja, łatwiej byłoby mi się znim obchodzić. Rozumiałbym, co znaczy być zdanym na cudzą łaskę, zależnym od innych. To irytuje, budzi gniew, wściekłość. „Jak pies z kotem” jest filmem właśnie o tym czasie – kiedy opiekował się pan sparaliżowanym po drugim udarze bratem. Nie chciał pan zmienić bohaterom imion?

I tak wszyscy wiedzieliby, czyja to historia. Ludzie pytają, dlaczego kręciłem w naszych domach, zamiast zbudować dekorację zdykty. Aja zawsze uważałem, że aby robić kino, a nie szkolne wypracowania, trzeba opowiadać otym, co się dobrze zna. Więc na jaką cholerę miałbym się bawić wmaskarady? Choćby po to, żebym pytał pana o bohaterów filmu, a nie o pana relacje z bratem wnajbardziej intymnych momentach życia.

Pan myśli, że pracy nad filmem towarzyszy lęk przed dziennikarzami? Podobno wdzisiejszej epoce ludzie odsłaniają się chętnie i za tanie pieniądze, więc jestem bohaterem swojego czasu. Czuję jednak, że trafiłem wuniwersalną potrzebę. Niemal każdy miał, ma albo będzie miał podobne problemy. Łatwo powiedzieć: „Andrzej jest chory, zajmiemy się nim”, ale jak go poruszyć, żeby nie złamać mu ręki? Jak dotaszczyć pod prysznic? Położyć spać? Tego wszystkiego trzeba. A nie ma żadnej pomocy państwa. Nikogo to nie obchodzi. Pokazuje pan tę naukę, nieustanne próby i błędy. Ale przede wszystkim emocje. Ból, kiedy ktoś bliski gaśnie na pana oczach. Bezsilność. Złość.

Opieka nad chorym to żadne ciuciumuniu jak na amerykańskich filmach. Rodzi konflikty, zmusza do permanentnej walki z drugą osobą, z jej ego i uporem. Trzeba się w tym odnaleźć, żeby nie zamienić życia wwojnę. Ja popełniałem błędy. Na początku, kiedy Andrzej tracił zmysły, pouczałem go jak mały belfer: „To nieprawda, masz omamy, nic takiego tu się nie dzieje”. Potem odkryłem, że trzeba wchodzić w te jego powidoki. Wysilić się na trochę wyobraźni. Trudno było rozróżnić, kiedy wygłaszał swoje opinie, a kiedy mówiła przez niego choroba?

Gdy opowiadał, że wnocy przyszedł niedźwiedź i rozszarpał mu pieluchę – łatwo. Ale już jak wyrzucał z siebie zdanie: „Dlaczego całe życie mnie nienawidzisz i zamknąłeś wczoraj wpiwnicy?” – trudniej. Nie mam piwnicy, nikogo w niej nie zamykałem, ale zawsze istnie- je podejrzenie, że emocje są szczere, że te zdania wyrzucane wmalignie to emanacja jakiejś wewnętrznej prawdy. Jednocześnie widziałem, co dzieje się we mnie. Patrzyłem na własnego brata, który bredząc, odpływał w alternatywny świat, i czułem, że już dłużej nie mogę. Że mam ochotę udusić go poduszeczką. Żeby przynieść ulgę sobie czy jemu?

No właśnie. Oczywiście, że ostatecznie zostaje się zmyślą: wreszcie przestał cierpieć. Ale wie pan co? Nasza rozmowa staje się cmentarna. A na moim filmie ludzie też się śmieją. Bo jest w „Jak pies z kotem” dużo ciepła i humoru. Film otwiera obraz dwóch chłopców na polu arbuzów w Kazachstanie.

To moje pierwsze wspomnienie w życiu. Wróciłem do niego, bo kojarzy mi się z bratem. Jedyny czas, kiedy naprawdę zajmował się mną. I tak staliśmy na tym polu, panował straszliwy głód, a za kradzież owoców groziła kara śmierci. Nagle na niebie pojawił się samolot. Zaczął schodzić coraz niżej. Wylądował, pilot wyskoczył, zabrał kilka arbuzów, wskoczył zpowrotem do kokpitu i odleciał. Rozmawiał pan z bratem o przeszłości?

Dużo, w przebłyskach jego świadomości. Dzięki temu odzyskałem kawałek historii rodziny. Urodził się siedem lat wcześniej, więcej dźwigał w pamięci. W Pińsku ojciec był leśniczym, matka – nauczycielką. Zabrali ich wpierwszej wywózce. Dziadek umarł jeszcze wpociągu, a ich wyrzucili na pustkowiu. Andrzej zapamiętał przepiękną tajgę. Tam akurat głód nie panował, Hitler jeszcze nie napadł na ZSRR. Niszczyła ich jednak monotonia jedzenia. W kółko kasza. Spod śniegu zesłańcy wygrzebywali jagody, robili wywary z kory sosnowej. Na wiosnę zaczynała się inwazja owadów. Dlatego na Syberii nie ma pastwisk, zwierzęta nie wytrzymują. Ludzie musieli. Później pana rodzina trafiła do Kazachstanu.

Ludzie na Syberii byli odcięci od wszelkich informacji. Ich życie składało się tylko zwalki o przetrwanie, katorżniczej pracy. Najpierw przy budowie obozu dla samych siebie, później przy wyrębie lasu. Aż nagle kolejny absurdalny obrazek: przyjeżdża dwuosobowa obwoźna orkiestra, facet z bębnem i typ ze skrzypcami, i oświadcza: „Teraz Polska iZSRR są aliantami, jesteście wolni”. Ale jak się stamtąd wydostać? W końcu byli więźniowie pobudowali tratwy i popłynęli rzekami wstronę armii Andersa. Po drodze zatrzymała ich jednak jakaś zaraza, spóźnili się. I się rozpierzchli po tych terenach. Pan urodził się w Kazachstanie. Co pan stamtąd pamięta?

Wyłącznie tę scenę z arbuzami. Nie potrzebuję więcej. Wystarcza mi zaświadczenie, że zostałem amnestionowany jako obywatel wwieku lat trzech.

Pamiętam za to powrót do kraju. Miesiąc tłukliśmy się pociągami. Kobiety jechały w porwanych waciakach, brudne i zawszone. WMoskwie dostaliśmy pomoc od polskiej ambasady. Wie pan, co te wariatki, przedwojenne damulki, zrobiły? Kupiły sobie za to kapelusze zwoalkami. I tak ustrojone przyjechały do Warszawy. Ale nie chcę o tym mówić, wzruszam się niepotrzebnie. Szkodzi mi na zdrowie. Jaką Polskę zastał pan jako dziecko?

Mocno zapamiętałem Warszawę. To była zima. Morze ruin. Ale były w tych ruinach kaniony. Awnich odchodził handel. Tłum ludzi, nawoływania sprzedawców, wspaniałe, niepojęte dla nas jedzenie. Szynki, bułki, dorsze. Do ’49 roku panował dobrobyt, o czym wszyscy zapominają. Później śrubę przykręcono i skończyli się producenci żywności. Powojenny kraj kojarzy się panu z dobrobytem?

Wporównaniu zSyberią i Kazachstanem. Koszmarem były ślady po wojnie. W Łodzi, gdzie potem trafiliśmy, długo w asfalt wprasowany był Niemiec w blaszanym hełmie. Wpowietrzu unosił się swąd palonych kości, bo gdy naziści wychodzili z kraju, podpalili obóz wRadogoszczu, z więźniami. Wszędzie broń, mundury. Wszystko obsrane. Amerykanie robią filmy o żołnierzach, którzy po trzech miesiącach w Afganistanie oszaleli. Druga wojna światowa trwała sześć lat. Aprzecież byli jeszcze ludzie, którzy przeżyli też pierwszą wojnę i bolszewicką. Zostało wnich okrucieństwo, panowała powszechna zgoda na rozwiązywanie spraw za pomocą siekiery. Mężczyźni zabijali się nawzajem i tłukli żony. Zwierzęta traktowano jak worki do bicia. Wojna to zaraza. Amy, dzieciaki, jakby nam było mało, bawiliśmy się w partyzantów. Tylko nikt nie chciał być Niemcem. Brat już dużo bardziej świadomie odbierał tę rzeczywistość.

Ja byłem zwykłym smarkaczem, który przyjmował świat jako oczywisty, on po drodze zdobył mnóstwo punktów odniesienia. WKazachstanie miał wolność bezprizornych. Wielka przestrzeń, puszcza, susły, które łapał z innymi łobuziakami i dokarmiali nimi ludzi. Matka, wielka patriotka, nawkładała mu do głowy masę banialuk, jak to w kraju pięknie i jakie tam się wznoszą szklane domy. A on wylądował w zadymionej Łodzi, gdzie zaczął się dusić. Cierpiał w tej Polsce. Miał też dużo więcej bolesnych wspomnień. Czuł pan tę różnicę bagażu w jego codziennym zachowaniu?

Nie wiem, czy wojenne doświadczenia o tym zadecydowały, ale brat miał kompletnie inny charakter niż ja. Stał się despotą, tyranem i dużej klasy narcyzem, w czym pomagała mu uroda. Był przystojny, wyspor-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.