WYBRAŁ MNIE NA MATKĘ

Musiałam wielokrotnie go przekonywać, że ja go chcę, że Aleks go chce, że maluchy go chcą. Dla niego było to niepojęte – przecież przez całe dotychczasowe życie nikt go nie chciał

Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy - - TYP TYGODNIA - Z Agatą Komorowską rozmawia Magdalena Karst-Adamczyk ZDJĘCIE MARCIN KALIŃSKI

iedy poczuła pani, że Michał należy do rodziny? Jest niedziela, mój syn Krystian nakrywa do stołu jak wkażdy weekend. Tym razem przygotowuje jedno nakrycie więcej. Pytam dla kogo. Odpowiada, że to dla Ała. Czyli dla Michała. Krystian ma zespół Downa. Jest bardzo nieufny. Jak w domu pojawia się nowa osoba – ucieka. Oswaja się podczas kolejnych wizyt, ale nigdy nie siada do stołu z osobami spoza rodziny. Taką ma zasadę.

Michała szybko zaakceptował, czuł się z nim swobodnie. Jak to się stało, że Michał zaczął u was bywać?

Był szkolnym kolegą mojego najstarszego syna Aleksa. Chłopcy poznali się w pierwszej klasie gimnazjum i szybko zaprzyjaźnili. Prowadzę otwarty dom. Przyjaciele dzieci bywają w nim często. Michał też.

Zaintrygował mnie już od początku. To była szkolna wigilia, wypakowywałam bombki w klasie, gdy wparował Aleks z drobnym, ciemnookim chłopakiem. Zakręcili się, zrobili zamieszanie i wybiegli. Chłopiec miał chochliki w oczach, wyglądał jak mały łobuziaczek. Pomyślałam: ale fajny dzieciak. Od początku wiedziała pani, że mieszka w domu dziecka?

Nie. I kiedy się dowiedziałam, byłam zszokowana. Wydawał mi się radosny, uśmiechnięty, pełen dobrej energii. Zupełnie nie pasował do stereotypu dziecka z domu dziecka – smutnego, zabiedzonego, „niebezpiecznego”. Tym bardziej mnie zaintrygował. Pani, matka adopcyjna, nosiła w sobie stereotypowe wyobrażenie dzieci mieszkających w domach dziecka?

Adę adoptowałam, gdy miała trzy miesiące. Była maleństwem. Owszem, było widać, że nie doświadczyła czułości i bliskości. Płakała, gdy brało się ją na ręce, tuliło. By się wyciszyć, potrzebowała samotności, do której przez pierwsze miesiące życia przywykła. Ale to było odwracalne. Dziś jest przylepką, wesołą dziewczynką.

Wydawało mi się, że w przypadku starszych dzieci, które większość życia przemieszkały w placówkach i nie doświadczyły miłości, musi być inaczej. Kiedy o tym teraz myślę, jest mi wstyd. Kiedy Michał stał się kimś więcej niż kolegą Aleksa, który wpada po szkole?

KNajpierw były kanapki. Któregoś dnia Aleks zapytał, czy mogłabym przygotowywać do szkoły dwa zestawy. Zapytałam: „Po co?”. „Bo moje kanapki zjada Michał”. Okazało się, że Michał przynosił jedzenie, ale kanapki Aleksa były lepsze, bo domowe, przygotowane przez mamę. Od tamtej pory codziennie rano robiłam dwa identyczne zestawy śniadaniowe.

Potem było wagarowanie. W drugiej klasie gimnazjum Aleksander zaczął mieć problemy z frekwencją, więc zaczęłam go wozić do szkoły i odprowadzać pod salę. Na jakimś zebraniu, na którym byliśmy wspólnie, wychowawczyni tłumaczyła opiekunce Michała, że jeżeli ma zdać, ktoś musi przywozić go do szkoły. Aleks spojrzał na mnie porozumiewawczo. Natychmiast się zgłosiłam. Od tamtej pory codziennie rano podjeżdżaliśmy pod dom dziecka i zabieraliśmy Michała.

Michał się nie buntował?

Przeciwnie, był bardzo punktualny. Obserwowałam go z coraz większym zainteresowaniem, np. kiedy wyskakiwał z bramy na jednej nodze z butem w ręce. Po drodze gadaliśmy, żartowaliśmy, czuliśmy się ze sobą coraz swobodniej. Regularnie wpadał do nas po szkole, właściwie codziennie. Nie chciał wracać do domu dziecka. Bardzo chcieliśmy, żeby mógł jeździć z nami na weekendy i wakacje, spędzać z nami święta. Problem polegał na tym, że najpóźniej o ósmej wieczorem musiał być z powrotem w domu dziecka.

Czuliśmy się tym coraz bardziej ograniczeni. Ale przede wszystkim każdego wieczora mieliśmy wrażenie, że ginie nam jeden członek rodziny. Słyszała pani wtedy o takiej formie kontaktu z dzieckiem z placówki opiekuńczo-wychowawczej jak rodzina zaprzyjaźniona?

Zbliżała się majówka 2016 roku. Jak co roku wybieraliśmy się na kilka dni na konie. Chcieliśmy, by Michał pojechał z nami. Siostra z domu dziecka – bo Michał przebywał w katolickiej placówce – podpowiedziała nam takie rozwiązanie. Wyjaśniła, że rodzina zaprzyjaźniona to jest rodzina zaakceptowana przez sąd i dom dziecka, która może zabierać dziecko a to na weekend, a to na święta czy wakacje.

Warunek jest jeden – za każdym razem trzeba poprosić sąd o zgodę na urlopowanie. Ta formuła wydała się doskonałym rozwiązaniem.

Ale nie udało nam się zostać rodziną zaprzyjaźnioną.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.