KTO SIĘ BOI „STRACHU”

Machcewicz: – Poprzez generalizację, ostry język, konfrontację Gross osłabia przekaz swojej książki zawarty we wstrząsającej części faktograf icznej opisującej powojenny antysemityzm. Gebert: – Autor ma prawo do przejaskrawień i wyostrzeń, jeśli nie prowa

Gazeta Wyborcza - - Opinie - Paweł Machcewicz* i Konstanty Gebert**

MARCIN WOJCIECHOWSKI: Jan Tomasz Gross w „Strachu” pisze, że Polska była jedynym krajem Europy po II wojnie światowej, gdzie Żydom groziło fizyczne niebezpieczeństwo. KONSTANTY GEBERT: To nieprawda. Żydom groziło niebezpieczeństwo nie tylko w Polsce, ale na Słowacji, Węgrzech, w Rumunii, na Białorusi, Ukrainie, prawdopodobnie też w krajach bałtyckich. Po powrotach deportowanych Żydów do Paryża ludzie, którzy zajęli ich mieszkania, żądali, żeby rząd coś z tym fantem zrobił. W różnych krajach Europy powracającym Żydom groziło niebezpieczeństwo w różnym stopniu, choć rzeczywiście w Polsce było ono największe. Paweł Machcewicz: Wiadomo o powojennych pogromach Żydów na Słowacji, na Węgrzech, w Kijowie. Teza Grossa jest łatwa do podważenia i niepotrzebnie wyostrzona. Takich przesadzonych tez jest w „Strachu” więcej. Gross twierdzi, że Polacy, którzy ukrywali Żydów, po wojnie trzymali ten fakt w tajemnicy. Że był to raczej powód do wstydu niż do dumy.

P.M.: Na poziomie podstawowego opisu to prawda. Głównym wytłumaczeniem takiej postawy nie jest jednak antysemityzm, ale lęk przed rabunkiem. Ludzie byli przekonani, że ukrywający się Żydzi wynagrodzili swoich opiekunów kosztownościami czy pieniędzmi. Ludzie pomagający Żydom bali się to ujawniać, by nie paść of iarą rabunku. Po wojnie rozpowszechniony był bandytyzm. Bandyci często mogli być jednocześnie antysemitami , ale u Grossa jest to zbyt proste. Podam konkretny przykład. Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego opisuje wieś na Podlasiu, gdzie ukrywano żydowskiego chłopca. Gross nie zauważa, że wiedziała o tym cała wieś łącznie z sołtysem. Sąsiedzi ostrzegali się przed Niemcami stacjonującymi w miejscowej szkole. Gross pisze tylko, że potem fakt ukrywania chłopca utrzymywano w tajemnicy, nie wspomina, że cała wieś solidarnie współpracowała przy jego ukrywaniu.

K.G.: Ukrywanie tego chłopca nie jest tematem książki. Gross chce jedynie pokazać, że coś, co powinno być powodem do dumy, było potem skrywane. P.M.: Ale z jakiego powodu? K.G.: Zgadzam się, że trudno wyważyć, czy przyczyną milczenia był lęk przed grabieżą, czy przed potępieniem społecznym. Jeśli jednak spojrzeć, jak w wolnej Polsce traktowano Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, to teza Grossa się potwierdza. Dopiero trzeci z kolei Sejm po 1989 r. podjął decyzję o uhonoro- waniu ich przez państwo polskie. Albo sprawa Henryka Sławika, w czasie wojny polskiego dyplomaty w Budapeszcie, który wydał polecenie, by wszystkim obywatelom polskim zwracającym się o pomoc wystawiać dokumenty stwierdzające, że są katolikami. Sławik został za to zamęczony przez Niemców w Mauthausen. W jego rodzinnym Sosnowcu nie ma jego ulicy, żaden polski statek nie nosi jego imienia. Wstydzimy się naszych bohaterów, nie chlubimy się nimi. Oni zaś skrywali swoje bohaterstwo z lęku przed potępieniem społecznym. Gross uważa, że Polacy współuczestniczyli w likwidacji żydowskich gett i miasteczek znacznie częściej, niż polska świadomość to rejestruje. Pisze, że patrzyli na likwidację Żydów z aprobatą. Podaje przykłady wydawania Żydów, którzy uciekli w czasie pacyfikacji, cytuje wstrząsające relacje ocalałych, a także Polaków potępiających haniebne zachowanie innych Polaków wobec Żydów.

P.M.: Polacy uczestniczyli w pogromie Żydów w Jedwabnem oraz w ponad 20 miejscowościach Podlasia. Znane są przypadki wydawania ukrywających się Żydów, wspomagania przez policję granatową prowadzonych przez Niemców akcji antyżydowskich. W akcjach tych uczestniczyła też tworzona w gettach policja żydowska, pomagając przy wysiedlaniu Żydów. Jednak jest różnica między tymi działaniami a ska- lą uczestnictwa miejscowej ludności w Holocauście na Ukrainie czy w krajach bałtyckich, gdzie istniały całe formacje pomocnicze odgrywające aktywną rolę w nazistowskiej eksterminacji Żydów, a z Niemcami współpracowała przynajmniej część lokalnych sił politycznych. Wrzucanie tego do jednego worka jest krzywdzące dla Polaków.

K.G.: Wznacznym stopniu zgadzam się z tym. Porównywanie kolaboracji ukraińskiej czy francuskiej z brakiem kolaboracji w Polsce jest jednak o tyle chybione, że to Hitler nie chciał mieć Polaków za swoich kolaborantów. Polska rzeczywiście nie ponosi zorganizowanej odpowiedzialności instytucjonalnej za współudział w Zagładzie Żydów, czego nie można powiedzieć o żadnym innym kraju Europy. Ale byli chętni do udziału w takiej Zagładzie, tylko Hitler wzgardził ich ofertą. Nie należy także porównywać policji granatowej z policją w getcie ze względu na stopień dobrowolności służby w obu formacjach. Oceniam surowo policję żydowską, ale było to coś na kształt kapo w obozie koncentracyjnym. Kapo byli sami więźniami, choć znęcali się nad innymi więźniami.

P.M.: Jednak ref leksję nad udziałem struktur żydowskich w działaniach Niemców zapoczątkowała jeszcze w latach 60. Hannah Arendt, za co zresztą jej książka „Eichmann w Jerozolimie” była bardzo źle przyjęta przez niektóre środowiska żydowskie. Współpraca Polaków z okupantem przy likwidacji Żydów była powszechna czy raczej incydentalna?

K.G.: Nigdy nie dowiemy się, jak powszechna była współpraca polskiej społeczności z okupantem w kwestii żydowskiej. Polski mit narodowy zapamiętał to zupełnie inaczej, niż pisze Gross. Bardzo dobrze, że Gross ten mit „nas niewinnych” podważa. Z drugiej strony wszystkie relacje ukrywanych i ukrywających podkreślają, że trzeba było się bać każdego sąsiada. Tego doświadczenia sobie nie zmyślili. Pytanie, czy doświadczenie całkowicie wiernie odzwierciedla rzeczywistość. Postawa zakładająca, że wszyscy są wrogami z wyjątkiem tych kilku osób, które pomagają, zwiększała szanse na przetrwanie. Jeśli ktoś był bardziej ufny, to miał większe szanse stracić życie i jego głosu nie usłyszymy.

P.M.: Postawa lęku czy nieufności wobec wszystkich wokół była uzasadniona, wynikała z elementarnego instynktu samozachowawczego, równie zasadnego u Żydów ukrywających się w Polsce czy w Holandii. Pytanie o współudział Polaków w Zagładzie prowadzi nas do typologii postaw Polaków wobec Żydów w czasie II wojny światowej. Wliteraturze istnieje rozróżnienie na tych, którzy pomagali Żydom, oraz szmalcowników, współuczestników pogromów oraz ludzi biernych – „obserwatorów”, jak się czasami mówi. Największa była ta trzecia grupa. Deba- ta polega na wyważeniu proporcji między nimi. Historyk Feliks Tych z ŻIH napisał kiedyś, że prawdopodobnie ok. 80 proc. Polaków zachowywało się obojętnie wobec Zagłady Żydów, dwie pozostałe grupy stanowiły zdecydowaną mniejszość. Bierność i obojętność nie są oczywiście obojętne moralnie.

K.G.: Nie mam takiej pewności. Mamy prawo oczekiwać bohaterstwa, ale nie mamy prawa go żądać. Problem nie leży w tym, ilu Polaków nie udzieliło pomocy Żydom, ale ilu Polaków udzieliło jej oprawcom. Bardzo często ta różnica jest zamazywana. Poza tym doświadczenie żydowskie wyraźnie różnicuje dwie rzeczy: brak pomocy, który mógł boleć, ale w zasadzie nie dziwić, oraz brak empatii, coś w rodzaju „paszoł won, Żydu”. To drugie było znacznie bardziej dotkliwe.

P.M.: Zgadzając się, warto jednak podkreślić, że okupacja niemiecka zaostrzyła podziały pomiędzy wszystkimi narodami zamieszkującymi II RP. Zwiększył się dystans społeczny czy kulturowy, który i tak przed wojną był silny między Polakami i Żydami. Dotyczy to także Ukraińców, którzy po 1939 r. na wielu obszarach wystąpili przeciwko i Polakom, i Żydom. Polskie państwo podziemne stało się de facto państwem etnicznych Polaków, o czym często piszą historycy.

K.G.: Wiele ludzkich zachowań w czasie okupacji było moralnie złych. Wiele tych zachowań nie wypływało jednak z tego, że ktoś był złym człowiekiem, ale z tego, że znalazł się w niemożliwym czasie i miejscu. Nie można jednak usprawiedliwiać, nim nie nazwie się zła po imieniu. Nie żeby wybielić, ale zrozumieć. To bardzo ważne przy tego rodzaju debatach. Gross pisze, że tuż po likwidacji Żydów przez Niemców Polacy powszechnie plądrowali ich mienie i domy. Nie zapomnę przytoczonego w książce obrazu sznura chłopskich furmanek czekających pod miasteczkiem na koniec rozprawy gestapo z Żydami, żeby zająć ich mienie.

P.M.: To wszystko prawda. Ale czy to jest dowód antysemityzmu, czy niskich instynktów natury ludzkiej? Liberator, którego kopia jest w Muzeum Powstania Warszawskiego, chłopi splądrowali, jak tylko spadł na ich pola. Ciała polskich lotników rozebrali do naga. To samo działo się po katastrofach lotniczych w PRL. Ludzie zbiegali się na miejsce katastrofy, przeczesywali ziemię, np. w Lesie Kabackim.

K.G.: Gross nie używa tego jako dowodu na polski antysemityzm, ale by pokazać, że spora część polskiego społeczeństwa skorzystała na Zagładzie i miała interes w tym, żeby ten stan rzeczy trwał. To bezdyskusyjne. Zjawisko

to nie zostało zbadane ani rozpoznane w polskiej ref leksji.

P.M.: Podczas pogromów w Jedwabnem czy Radziłowie motyw rabunku jest bardzo widoczny. Ale to co innego, niż kiedy po masakrze Żydów dokonanej przez Niemców Polacy za jakiś czas obejmują ich mienie.

K.G.: Testem była reakcja na roszczenia powracających. Czy po zakończeniu wojny – jak sugeruje Gross – głównym powodem niechęci wobec Żydów było to, że przychodzili upominać się o swoje majątki?

P.M.: To jeden z powodów – przecież zaledwie drobna część właścicieli przeżyła. Przyczyn niechęci wobec Żydów było wiele i moim zdaniem sprawy majątkowe nie były najważniejsze. Tuż po wojnie nasiliła się wiara, że Żydzi są podporą narzucanego Polakom systemu komunistycznego. Tak uważała większa część podziemia.

K.G.: Nikt nie mógł być pewien, czy na nieszczęście jego Żyd akurat nie przeżył i nie upomni się o majątek. Pojawienie się jednego Żyda w miasteczku musiało budzić niepokój u wszystkich mieszkajacych w „pożydowskim”. A poza tym nienawidzono Żydów, bo zabili Jezusa, bo ściągnęli komunę itd. Nie rozumiem jednak, jak taką nienawiść można było połączyć z tym, że wielu odczuwających ją Polaków zarazem uważało się za przyzwoitych ludzi.

W latach 60. na uniwersytecie w Chicago przeprowadzono eksperyment psychologiczny. Uczestnicy zgłaszali się przez telefon. Przy wejściu na uniwersytet czekał na nich pracownik, który przez dziedziniec uniwersytecki prowadził ich do sali, gdzie prowadzono badania. Po drodze każdy z badanych był na dziedzińcu świadkiem jakiejś ewidentnie niesprawiedliwej sytuacji. Duży bił małego, mężczyzna kobietę, dorosły dziecko. Gdy idący na eksperyment próbowali interweniować, prowadzący ich pracownik odciągał ich, mówiąc, że wszystkim zajmie się policja uniwersytecka. W sali rzucano na ścianę przezrocza z twarzami różnych ludzi. Badani mieli określić, jakie te twarze wzbudzają w nich emocje. W cyklu przezroczy jedna z twarzy była twarzą niedawno widzianej ofiary. Zawsze była oceniona najgorzej. To logiczne. Jeśli nie pomogłem słabszemu, to znaczy, że jestem świnią. Jedynym sposobem wyjścia z tego dylematu jest wytłumaczenie sobie, że ofiara jest sama sobie winna, że w gruncie rzeczy represje wobec niej są zasłużone, że ofiara jest zła. Podobne sprzężenie powstało w polskiej percepcji Żydów podczas wojny.

P.M.: Mnie bardziej przekonują tradycyjne wytłumaczenia polskiego antysemityzmu. W trzech największych pogromach Żydów w Polsce po wojnie motyw związany był z tradycyjnym antyjudaizmem, czyli przekonaniem, że Żydzi porywają chrześcijańskie dzieci na macę. Historyk Marcin Zaremba ten zadziwiający wzrost wiary w mit „mordu rytualnego” wiąże z warunkami okresu bezpośrednio powojennego: pauperyzacją, rozpadem więzi społecznych, zdziesiątkowaniem przez wojnę i powojennymi migracjami, zwłaszcza inteligencj jio i elit społecznych, ale przede wszystkim tkwiącym w ludziach strachem przed najróżniejszymi nieszczęściami.

Gross w zaskakująco słaby sposób akcentuje też to, że hasła antysemickie były obecne w najbardziej masowym przed wojną nurcie politycznym – endecji. Organizowała ona bojkot żydowskiego handlu, getto ławkowe, antyży- dowskie pikiety. Ograniczanie obecności Żydów w życiu publicznym było częścią programu obozu narodowego. Wojna ani lata po wojnie nie przerwały tego sposobu myślenia.

K.G.: To rzeczywiście dziwna słabość Grossa, że nie przedstawia on przedwojennego kontekstu stosunków polsko-żydowskich. Tak samo w „Sąsiadach” Gross przedstawia polsko-żydowskie stosunki w Jedwabnem do wybuchu wojny jako niemal idylliczne, a wcale takie nie były. Dochodziło tam do tumultów, bojkotu żydowskich sklepów, Podlasie było pod bardzo silnym wpływem endecji. Jednak większość powojennych ofiar żydowskich w Polsce nie zginęła w pogromach, ale w pojedynczych mordach, do których dochodziło w całym kraju. Ich motywacja była różnorodna: rabunkowa, antysemicka, zemsta na żydokomunie, obrona zagrabionego mienia. Wcale nie trzeba było szukać motywu, że Żydzi porywają dzieci na macę, by zacząć mordować Żydów.

P.M.: Motywy antyżydowskie były obecne w prasie podziemia niepodległościowego, ale nie jako bezpośrednie wezwania do występowania przeciwko Żydom, lecz przeciwko żydokomunie. Żydokomuna stała się symbolem władzy narzuconej Polsce przemocą. Warto takie sprawy niuansować. Gross tego nie czyni. Antysemityzm polskiego podziemia nie ma nic wspólnego z eksterminacyjnym antysemityzmem niemieckim.

Często Żydzi byli też zabijani w napadach rabunkowych, których ofiarą padali masowo również Polacy czy Niemcy. To był okres nieprawdopodonego wprost bandytyzmu, rozpadu struktur państwowych i społecznych na wielu obszarach. U Grossa są wstrząsające opisy codziennej, drobnej niechęci Polaków wobec Żydów po wojnie. Uwagi w pociągach, kłucie agrafką, aluzje do pochodzenia, dyskryminacja w urzędach. Czy rzeczywiście było tak strasznie? Kluczowa w jego książce jest refleksja, jak po tragedii Holocaustu mogły zachować się w Polsce takie pokłady niechęci wobec Żydów.

P.M.: Pamiętajmy o przedwojennym antysemityzmie. Wojna nie osłabiła, ale raczej wzmocniła takie postawy i demoralizację. W czasie okupacji nie wytworzyły się mechanizmy solidarności z Żydami na dużą skalę, podstawą polityki okupacyjnej było izolowanie obu grup. Antysemityzm wzmacniała propaganda niemiecka, kupowana, wbrew apelom podziemia, w masowych nakładach prasa gadzinowa. Wkażdym polskim mieście były antysemickie plakaty, antyżydowskie wystawy organizowane przez Niemców. Musiało zatruć to polską duszę. Żydzi zostali odczłowieczeni przez Niemców. Polacy oswoili się z myślą, że Żydzi są gorsi.

K.G.: Całkowicie się z tym zgadzam. Zastanawia mnie, czy gdyby w takim przedziale jechał inteligencik, a nie Żyd, to też naraziłby się na zaczepki współpasażerów. Mam wrażenie, że tak, ale nie mam na to dowodów. Brutalne odnoszenie się do siebie w Polsce po wojnie stało się normą. Najbardziej ofiarą tej normy padali ludzie bezbronni, czyli Żydzi. Jaka była odpowiedzialność Kościoła za polski antysemityzm? Gross pisze o jego współwinie za Zagładę poprzez zaniechanie.

K.G.: Nie tylko przez zaniechanie, ale i przez działanie. Jest ciągłość przedwojennego antysemityzmu endeckie- go wspieranego przez znaczną część kleru, na który nakłada się propaganda hitlerowska. Nie było innych, równie ważnych instytucji produkujących wartości, które przeciwstawiłyby się Zagładzie. I Kościół się jej też nie przeciwstawił.

P.M.: Takie stwierdzenia są dla mnie zbyt kategoryczne. Wlatach 30. Kościół ponosi część odpowiedzialności za antysemityzm. Na pewno nie można powiedzieć, że Kościół w swej głównej części sprzeciwiał się antysemityzmowi. Często wspierał propagandę endecką. Ale nie wyobrażam sobie, w jaki sposób Kościół mógł zapobiec w czasie wojny Zagładzie Żydów. Trudno wyobrazić sobie, by księża nawoływali z ambon do ukrywania Żydów, bo natychmiast spotkałoby się to z represjami okupanta. Wiele dzieci żydowskich uratowano w klasztorach.

Co do okresu powojennego, to głos Kościoła przeciwko antysemityzmowi był zbyt słabo słyszalny. Gross stwierdza, że protest Kościoła po pogromie kieleckim był zbyt niejednoznaczny. Mówiono tylko o nakazie miłości bliźniego oraz zakazie zabijania, ale nie powiedziano wprost, żeby nie zabijać Żydów. Warto jednak pamiętać, jaki był kontekst tych wydarzeń. Po takim pogromie jak w Kielcach propaganda komunistyczna starała się zrzucić odpowiedzialność za to na podziemie antykomunistyczne, rząd w Londynie, tzw. reakcję, PSL. Kościół starał się nie uczestniczyć w tej kampanii. Biskup częstochowski Teodor Kubina wydał oświadczenie potępiające wprost pogrom kielecki. Gross pisze, że spotkał się za to z krytyką innych hierarchów. Natomiast nie pisze, że oświadczenie Kubiny zostało zmanipulowane przez oficjalną prasę. Dopisano w nim, że biskup potępił politycznych inspiratorów pogromu. Pamiętajmy więc o uwarunkowaniach sytuacji Kościoła po wojnie.

K.G.: Kościół mógł wzywać w czasie wojny do miłości bliźniego. Nie znalazłem jednak wśród relacji Sprawiedliwych wśród Narodów Świata ani jednego przypadku, by swoje zachowanie motywowali tym, że usłyszeli w kazaniu wezwanie do miłości bliźniego. Bardzo wielu Sprawiedliwych pomagało, dlatego że tak im kazało ich chrześcijańskie sumienie, lecz nie dlatego, że sugerował to Kościół - bo takich sugestii nie było.

Po wojnie dla Kościoła było ważniejsze nie dać się zmanipulować przez komunistów, niż protestować przeciwko przemocy wobec Żydów. Dla mnie jest to porażające. Nie skończyło się to zresztą z komunizmem. Pierwszy list polskiego Episkopatu potępiający antysemityzm napisano we wrześniu 1990 r. Ale ujawniono go dopiero w styczniu 1991 r. Kościół tłumaczył zwłokę tym, żeby list nie został użyty w czasie ówczesnej kampanii prezydenckiej.

P.M.: Zastanówmy się, jak biskupi patrzyli na mord 40 Żydów w Kielcach. Wpisywał się on w powojenną rzeczywistość pełną brutalności i mordów. W jednej z akcji UB przeciwko podziemiu niepodległościowemu zamordowano 200 ludzi z oddziału „Bartka”. W1946 r. cała rzeczywistość była naznaczona zbrodnią. Większość ofiar stanowili członkowie podziemia niepodległościowego niszczeni przez komunistów.

K.G.: Ale nie ma wątpliwości, że Kościół potępiał wymordowanie ludzi z oddziału „Bartka”. Tymczasem mogą być wątpliwości co do stanowiska Kościoła po pogromie w Kielcach.

P.M.: Kościół nie miał żadnej możliwości, by potępić mord na oddziale „Bartka” czy inne komunistyczne zbrodnie. Stąd też wynikała powsiągliwość biskupów w zajęciu publicznego stanowiska wobec pogromu w Kielcach. Gross maluje obraz władz komunistycznych dość wrażliwych na szczeblu centralnym na krzywdę Żydów, ale niezdolnych przekazać troski na niższe szczeble. Jaki był stosunek władz komunistycznych do powojennego antysemityzmu?

K.G.: By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wskazać konkretny dzień, miejsce, a nawet osobę zasiadającą we władzach, bo było różnie. Poparcie Żydów było bardzo ważne dla władz komunistycznych. Pomagało im przedstawić światu, że są ostoją wobec antysemickiego podziemia ukrywającego się w lasach. Ten obraz komunistom udało się sprzedać za granicę, o czym można przekonać się z zachodnich gazet. Organizacje żydowskie poparły PKWN. Było to oczywiste, bo wojsko nadchodzące ze Wschodu oznaczało dla nich ocalenie. Komuniści byli mniejszością bardzo niepopularną społecznie, a Żydzi byli jeszcze bardziej niepopularni. Komuniści miotali się więc w kwestii żydowskiej od ściany do ściany.

P.M.: Często to milicjanci odgrywali aktywną rolę w pogromach. Widać to w Krakowie, Kielcach i Rzeszowie. Z drugiej strony w małych miastach Żydzi mogli się czuć najbardziej bezpieczni pod bokiem miejscowego oddziału UB, NKWD, KBW czy Armii Czerwonej. W wielu wypadkach traktowali ich jako ratunek przed wrogim otoczeniem. To piekielne sprzężenie, na które po raz pierwszy zwróciła uwagę Krystyna Kersten. Z punktu widzenia podziemia mit żydokomuny był niepodważalny, natomiast z punktu widzenia Żydów niepodważalny był mit żołnierza podziemia – antysemity. Czy panów zdaniem książka Grossa jest w stanie posunąć do przodu dyskusję o stosunkach polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej i po niej? Słychać głosy, że to książka szkodliwa, zła, konfrontacyjna.

K.G.: Grossa najbardziej krytykują ci, którzy go nie czytali i twierdzą, że go nie przeczytają. Inaczej niż po Jedwabnem historyków brak w pierwszym szeregu napastliwych krytyków Grossa. Najbardziej atakują go publicyści, ideolodzy. Historycy najpewniej przerąbią Grossa metodologicznie, ale nie ma wśród nich postawy oblężonej twierdzy. „Strach” posunie do przodu debatę o stosunkach polsko-żydowskich, choć nie jest w niej ostatnim głosem.

P.M.: Po „Sąsiadach” polscy historycy wręcz poszerzyli wiedzę ujawnioną przez Grossa, publikując materiały o kolejnych pogromach z udziałem Polaków. Uważam, że „Sąsiedzi” byli ważniejszą książką niż „Strach”. Rozpoczęli jedną z najważniejszych debat publicznych w wolnej Polsce. Chyba sam Gross nie docenia jej pozytywnych skutków. Wstrząśnięcie sumieniami Polaków nie jest już tak potrzebne jak kilka lat temu. Poprzez generalizację, ostry język, konfrontacyjność Gross osłabia przekaz swojej książki zawarty we wstrząsającej części faktograficznej opisującej powojenny antysemityzm. W dużej mierze jest to obraz prawdziwy i przygnębiający. Nie ma potrzeby, by go wyostrzać ocenami, które będą przez wielu odrzucane. Odpowiedzi na książkę Grossa koncentrują się na jego wyostrzonych ocenach. Szkoda, że przy okazji odrzuca się to, co w tej książce jest naj- ważniejsze. Gross niepotrzebnie ułatwia zadanie swoim przeciwnikom, którzy pod pozorem jego zbyt radykalnych sądów czy sformułowań rzeczywiście budzących sprzeciw będą starali się dowieść, że w Polsce po wojnie nie było antysemityzmu.

K.G.: Gross ma styl kaznodziejski. Mnie on nie razi. Autor ma prawo do przejaskrawień i wyostrzeń, jeśli nie prowadzą one do nieprawdy. Trzeba zintegrować to, o czym pisze Gross, z polską pamięcią zbiorową. Ale trzeba też pamietać, że Gross dotknął jedynie wierzchołka góry lodowej. Gross nie zna hebrajskiego ani jidysz. Do głosu dochodzą teraz młodzi polscy historycy władający tymi językami. Myślę, że oni dostarczą nam jeszcze ciekawszych prac niż Gross. Czy książką Grossa powinna zajmować się prokuratura?

P.M.: Napisałem w „Tygodniku Powszechnym” krytyczną recenzję książki Grossa. Teraz byłbym bardziej powściągliwy, bo postępowanie w sprawie „Strachu” wszczęła prokuratura badająca, czy autor nie pomawia narodu polskiego o zbrodnie nazistowskie. To ponura groteska i kompromitacja państwa polskiego. Prokuratura nie musiała wszczynać takiego śledztwa z urzędu. Rok temu wprowadzono ten artykuł na wniosek LPR, której politycy przechwalali się, że wsadzą Grossa do więzienia, gdy tylko przyjedzie do Polski. Na nic zdały się apele historyków do posłów i prezydenta, by nie uchwalali takiego prawa. Artykułu nie usunięto. Po Jedwabnem mamy w świecie bardzo dobrą opinię kraju i narodu, który potrafi się zmierzyć ze swoją przeszłością. Teraz sami ją psujemy. Apeluję do posłów, by jak najszybciej znieśli ten szkodliwy przepis.

K.G.: Wstydzę się, że w moim kraju obowiązuje taki przepis. Anie lubię wstydzić się za mój kraj. Przypominam więc, że już dwa razy publicznie zadenuncjonowałem się w „Gazecie” z tego artykułu, a teraz czynię to po raz trzeci. Pomawiam więc naród polski o udział w zbrodni nazistowskiej poprzez wymordowanie Żydów w Jedwabnem w 1941 r. i o udział w zbrodni komunistycznej poprzez zamordowanie robotników w Gdańsku w grudniu 1970 r. Mam nadzieję, że prokuratura, która tak ochoczo rzuciła się na Grossa, a wcześniej na hiszpańską dziennikarkę, która napisała coś złego o Polsce, przestanie dyskryminować obywateli Polski i wreszcie się za mnie weźmie.

Żydzi ranni w czasie pogromu kieleckiego, lipiec 1946 r.

*dr hab. Paweł Machcewicz

profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, b. szef Biura

Edukacji Publicznej IPN

**Konstanty Gebert publicysta i dziennikarz „Gazety Wyborczej”, działacz organizacji żydowskich w Polsce, były redaktor naczelny żydowskiego

pisma „Midrasz”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.