GEJ W KAŻDYM POLAKU

Wszechpolaku, słuchasz Queen? Rechoczesz przy grepsach z „Seksmisji”? Latem nosisz torebkę przez ramię? Przed spotkaniem prasujesz lawendową koszulę? Witamy po tęczowej stronie mocy

Gazeta Wyborcza - - MAGAZYN - Z REMIGIUSZEM RYZIŃSKIM* ROZMAWIA AGA KOZAK, „WYSOKIE OBCASY”

AAGA KOZAK: Czy to możliwe, żeby polska kultura popularna była przesiąknięta wątkami queer lub gejowskimi?

REMIGIUSZ RYZIŃSKI: Te wątki to ja widzę wszędzie! Zwłaszcza teraz, bo ciepło. A poważnie: choćby ktoś tupał i płakał rzewnymi łzami, kultura nie jest monolitem. Jej elementy przenikają się, mieszają i do tego, co wydaje się niektórym swojskie, czysto polskie, też przenika różnorodność. Bo różnorodność też jest „nasza”. I działa również w ramach kultury gejowskiej. Weź jej ikony: macho Freddiego Mercury’ego, bon vivanta we włoskim stylu Gianniego Versacego, dandysa wrażliwca Eltona Johna – każdy z nich jest inny. W głośnej powieści Agnieszki Szpili „Bardo” występuje kierowca tira, Prawdziwy Polak, ojciec i mąż rodziny, który uwielbia się przebierać za Freddiego Mercury’ego.

– Przebieranki, interpretacje, wcielenia. Gejowskie ikony bywają uwielbiane przez masy. Powiedz: Freddie, Elton, a podniesie się las rąk, że wspaniali, że wielcy, że nasi! Tak jakby odkleiła się od nich etykietka geja. Najpierw „nasz”, dopiero potem „pedał”. W Polsce wielu ma „swojego własnego geja”, ale już absolutnie każdy posiada opinię na temat społeczności LBGTQ+.

LGBT znamy – lesbijki, geje, biseksualiści, transseksualiści. Ale Q+?

– Queer i plus oznaczają wszystkie osoby, których wyznacznikiem jest nieheteronormatywność. Zresztą nawet w spektrum hetero możesz znaleźć postawy queerowe, np. w przypadku poliamorii, czyli utrzymywania relacji romantycznych z wieloma partnerami, czy roleplay – czyli odgrywania w seksie ról. Inaczej mówiąc: wszystko, co nie jest tradycjonalistycznie hetero, może się zmieścić w tym subświecie.

W LGBTQ+ odchodzi się od definiowania skali normalności, od jednorodnych tożsamości, mówi się po prostu o człowieku i jego możliwościach. Bądź tym, kim chcesz być. I już. Queer to w tłumaczeniu dziwny, dziwaczny. Trochę obraźliwe. Czy mamy w Polsce termin, który lepiej oddawałby to słowo?

– „Odmieńczy”, czyli ani lepszy, ani gorszy, tylko inny. Bez żadnej oceny, bez skali, bez nagrody i kary. Queer jest zawsze z boku, zawsze na marginesie, zawsze na zewnątrz.

To pojęcie z zakresu socjologii czy antropologii obnaża pewne elementy normatywne w każdym obrazie kulturowym. Nawet gejowskim – tu też wejdzie z buciorami w daną historię i pokaże ją z odmieńczej strony, kontestując zastaną definicję.

Bo queer to model kulturowy szerszy niż wąsko rozumiane LGBT, który sprowadza się do postawy: możesz być tym, kim chcesz być,

wyglądać, zachowywać się, kochać, identyfikować się albo nie – a jeśli komuś to nie odpowiada, to jego problem, nie twój. Za tym idzie niezwykła samoświadomość. Kulturę queerową charakteryzują wrażliwość, empatyczność, ciekawość wobec odmieńczych możliwości człowieka. Osoby queerowe pod jakimiś względami – nie tylko seksualnymi – od zawsze zmagają się ze światem. Kazano im schodzić do podziemi, do piwnic, próbowano leczyć, potępiać, wysyłać na Księżyc. A LGBTQ+ jest przestrzenią bezpieczną i gościnną, bo wyczuloną na wszelkiego rodzaju zagrożenia i otwartą na człowieka, jakikolwiek by on był. Czyli wrogowie „promocji homoseksualizmu” mówią, że oburza ich „wulgarność” berlińskich Parad Równości, ale tak naprawdę boją się tego samego, co różne autorytarne władze – podważenia istniejącego porządku. Bo jeśli każdy będzie chciał być sobą, takim odmieńczym…

– Cóż, te władze mają do tego prawo, bo to jest ich porządek! A queer jest z zasady konf liktowy, bo wychodzi przed szereg. Queerowość to jest coś, co się zawsze wymyka, i nie wiesz, co z tym zrobić. Nie ma już nadzoru, nie ma kary, nie ma szpitala wariatów, fabryki automatów. Jest fascynująca różnorodność. Tu nie ma mowy o takiej czy innej „prawdziwej tożsamości” – łącznie z gejowską, lesbijską czy dowolną inną – którą trzeba odgrywać. Liczy się autentyczność tego, co inne. Niektórych taka wolność może przerażać. Kiedy obserwuję wpływ kultury LGBTQ+ na mainstream, pierwsze, co widzę, to to, jak moda przechodzi ze środowiska na hetero. U kobiet wygolone zadziornie „na wojowniczkę” boki – niegdyś widywane tylko u „męskich” lesbijek.

– Oczywiście! Lesbijki ośmielają kobiety do zagarniania tego, co w modzie było określane jako męskie – od garniturów po „żonobijki”, które po prostu są modne i na kobietach wyglądają bardzo

sexy, a są przecież typowym męskim podkoszulkiem przejętym najpierw przez LGBTQ+. A ile tych akcentów u facetów! To, co parę lat temu było „pedalskie”, teraz jest nie tylko modne, ale wręcz przezroczyste – porządnie hetero!

– Weź kolor! To geje przynieśli kolor! Jeden z bohaterów książki, którą właśnie piszę, starszy gej, opowiada, że poznał partnera, bo ten nosił niebieskie skarpetki. A szanujący się heteryk brzydził się kolorem, nie chciał się wyróżniać. Dziś, przynajmniej w dużych skupiskach miejskich, jest odwrotnie. Niegdyś w dopasowanej różowej koszuli chodziłby tylko gej, teraz widać je wszędzie. Heteryk zaczyna też pachnieć. Albo te uwielbiane przez Włochów torebki przez ramię à la Gucci… Widzę je teraz głównie u kibiców. I na piwnych brzuszkach opiętych w koszulki z „wyklętymi”…

– Kultura kibiców ma tę samą co kultura queer dążność do szczycenia się emblematem, do tego, żeby mieć na sobie f lagę czy logo, żeby za pomocą wystudiowanego ubioru być dumnym z tego, kim się jest. Z tego powodu kolory, tęczowa f laga w elementach odzieży, na opaskach na przegub, bransoletkach. Tak samo jest z kibicami i ich opaskami czy szalikami głoszącymi, że „Legia, Lech, Jagiellonia, jesteśmy inni od was, autentyczni, mamy tożsamość”.

Oczywiście są w tym elementy starsze antropologicznie: godła, totemy, proporce, symbolika plemiennej przynależności. Ale ten splot:

silna identyfikacja z wyróżniającą się grupą plus estetyka wyrazistego koloru i formy – to już dziedzictwo queer.

Na marginesie, ta wymiana działa też w drugą stronę. Kultura gejowska też bardzo dużo bierze z kultury heteronormatywnej. Chociażby pragnienie ceremonii czy potrzeby czysto ekonomiczne, które klasyczna kontrkultura raczej odrzucała. Jest też coś takiego, co określa się jako passing: jeżeli będąc gejem, zachowujesz się, wyglądasz, ubierasz się, mówisz jak heteryk, to jesteś bardzo cool, bardzo sexy, bardzo pożądany – i w środowisku gejowskim, i heteronormatywnym.

Tylko że to też jest zabawa w odgrywanie roli, bo nawiązuje do jednego, stereotypowego wyobrażenia „heteryka”: umięśnionego, owłosionego, z brodą, prosto z siłowni i zakochanego w swoim klubie sportowym. Trochę nuda.

– To właśnie paradoks – z jednej strony jako queer masz prawo wybrać „normatywność” tak samo jak cokolwiek innego, z drugiej ten trend „normalizacji” jest dużym zagrożeniem dla kultury queerowej. Jak popatrzysz na światowe parady LGBTQ+ – Kanada, Australia, Izrael, Hiszpania – to oczywiście jest euforia, jacy oni są zadowoleni, spokojni, jak dobrze się bawią, jak stali się zwyczajną częścią społeczeństwa, ale zaraz pojawia się pytanie. Dostrzegasz, że to wata cukrowa, taki jak wszędzie piknik rodzinny.

Pomyśl sobie, że nagle wszyscy czarnoskórzy zachowują się jak biali. Rezygnują ze swojej estetyki, nie tworzą swojej muzyki, swojej literatury. To byłaby wielka strata. I z kulturą gejowską jest tak samo.

Ale żeby nie było za prosto – z trzeciej strony można zadać sobie pytanie o to, co to znaczy być „prawdziwym” gejem. Czy nieznajomość filmów z Betty Davis mnie dyskwalifikuje? „Like a Virgin” Madonny nie wywołuje we mnie spazmów rozkoszy? Nie chcę iść na Paradę Równości? Czy ja w ogóle jestem gejem?

Okazuje się, że gej nie różni się od heteryka. Wszystko jest potyczką stereotypów. Pewnie większość ludzi utożsamiających się z jakimś światopoglądem, grupą czy estetyką zadaje sobie podobne pytania: czy na pewno przynależę, czy wszystko mi się podoba, na ile jestem odrębny... Właśnie przyszedł mi do głowy przykład tego, jak queer przenika do głównego nurtu polskiej popkultury – „Moja twarz brzmi znajomo”. Ten show jest bardzo podobny do „RuPaul’s Drag Race”, najsłynniejszego queerowego programu telewizyjnego na świecie. Publiczność tak kocha ten show, że przetrwał już 10 sezonów, a teraz pokazuje go Netflix.

– Rzeczywiście, „Twoja twarz brzmi znajomo” ma elementy queerowe – kobiety i mężczyźni przebierają się za różne płcie, odgrywają postaci. Różnica jest taka, że u RuPaul występują głównie mężczyźni, chociaż każdy może robić drag. „Robić drag” brzmi bardzo nie po polsku.

– Bardzo po polsku. Bo drag jest o osobowości, wolności, wyborach. RuPaul mówi: urodziłeś się nagi, a reszta to drag. Słynna badaczka queer Judith Butler mówi: nie masz płci, płeć robisz. Drag/płeć jest przebraniem, pozą, rolą, którą odgrywamy w różnych momentach i przestrzeniach naszego życia. Tożsamość psychoseksualna i płciowa identyfikacja są podstawą,

ale tylko tyle. Masz bujne włosy, ale nie musisz od razu zaplatać ich w warkocz – możesz wybrać inną fryzurę. To kwestia wyboru. Podobnie z męskością czy kobiecością, homo i hetero, cis i trans – to, że masz jakieś predyspozycje, nie powinno wymuszać ujednoliconego działania. Ono powinno być twoim wyborem indywidualnym.

Drag queen zbiera to wszystko i odgrywa na scenie. Nie po to, żeby prześmiewać kobiety, tylko po to, żeby obnażyć pewien mechanizm kulturowy. Ponieważ jest to performance, faceci w perukach, którzy prześmiewają wytworzone sztucznie role kobiet, ich wizerunki, ich manieryzmy. Stąd ten intensywny makijaż, wielkie peruki, udziwnione stroje. Wszystko musi być za duże, za kobiece, zbyt wyraźne, teatralne po prostu. Chodzi o kontestację męskich wyobrażeń o rolach i wizerunkach kobiety.

Drag oprócz podstawowej funkcji, czyli dobrej zabawy, jest też odpowiedzią na mizoginię. Rozdmuchanie kobiecości przedziurawia balon męskich wyobrażeń. To jest takie schulzowskie – wielkie cycki, wielki makijaż, długie paznokcie, wielkie włosy, a pod pantofelkiem od Manolo skromnej postury facecik.

W życiu także występują takie fascynujące egzempla. Najczęściej są to wielkie divy, od Marleny Dietrich po Beyonce. Mamy też piękne polskie przykłady.

– Violetta Villas – pradiwa! Kalina Jędrusik, Beata Kozidrak, Maryla Rodowicz... Diwa jest spełnieniem marzeń i wyobrażeń o kobiecości i kobiet, i mężczyzn. „Chciałabym być taka jak ona” albo „Chciałbym być z taką kobietą jak ona”. Ale też trochę nią pogardzają, boją się. Diwa to nie jest po prostu aktorka. To osobowość plus historia, plus entourage. Popatrz na Kozidrak. Wielki głos, wielki włos…

– Wielki talent, wspaniała prezencja, odwaga, siła. Jest jedną z ikon gejowskich. A ona dzięki swojej autentyczności i silnej obecności w kulturze normatywnej czy wręcz heteronormatywnej – łącznie z ciepłym podejściem do niej tabloidów i plotkarskich portali – łączy ją z queer. Jej hity mogliby śpiewać wszyscy razem – homo, hetero – na weselu.

– Właśnie. A w tym samym czasie w klubie gejowskim poleci karaoke z „Do lata” albo „Męska rzecz być daleko” innej wielkiej diwy - Alicji Majewskiej. Pewnie i tu, i tu poleci też kilka przebojów Villas, Maryli Rodowicz. Ale przychodzi mi na myśl jeszcze jedna blondynka z bujną fryzurą, która choć nie jest aktorką ani piosenkarką, wydaje się queer, a ogląda ją cały kraj.

– Magda Gessler! Można ją kochać, można jej nienawidzić, ale na pewno nie można przejść obok niej obojętnie. A to jest absolutnie queerowe – lepiej, żeby mieli rzucać we mnie kamieniami niż nie rozpoznali mnie w tłumie! Gessler może rzucić – również dosłownie – mięsem, może nie być grzeczna, a jednocześnie może mieć kolorowe, awangardowe fatałaszki, obfity włos, biżuterię ze złotych misiów...

– …i każdy jej na to pozwala, ba, czeka na to, bo ona w ten sposób wyzwala go, pozwala jemu na eksces! Bardzo queer.

Ale nie wystarczy się przebrać, żeby być queer czy drag queen – bo Gessler jest też trochę drag. Trzeba mieć też osobowość. Drag jest dla każdego, kto chce wyrazić swoją odrębność. Nie ma znaczenia, kim jesteś, bo możesz być, kimkolwiek chcesz. Pamiętasz scenę z filmu „Lekarstwo na miłość”, kiedy Kalina wypowiada przed lustrem kwestię: „A właśnie, że nie będę moralna, wolę być niemoralna niż idiotycznie nieszczęśliwa!”? To jest drag, diwa i queer w jednym: właśnie, że nie będę taka jak należy, właśnie, że będę taka, jak chcę.

W ogóle polskich filmów z wątkami queerowymi rzeczywiście mamy dużo. Weźmy kultowy „Poszukiwany, poszukiwana”, gdzie Wojciech Pokora przebiera się za Marysię, zresztą bardzo na poważnie, albo „Seksmisję”, gdzie królową ula jest przebrany mężczyzna, gdzie wszystkie organizacje kobiece rządzone są przez drag queen, której jedyną pasją życiową są papugi! Siostry Wachowskie czy Almodóvar nie powstydziliby się takiej mieszanki queerowych wątków, naśmiewania się z konstruktów i wyobrażeń obu płci. Co oczywiście nie powinno przesłaniać koszmarnej mizoginii

„Seksmisji”, która jednak bardziej dokłada kobietom. Jest jeszcze Mariolka z kabaretu Paranienormalni: mężczyzna z brodą przebrany za głupią blondynkę z dowcipu, który podbił nie tylko kabaretowe sceny, ale też przebił się do reklamy. Queer?

– Mam wątpliwości. Mariolka tylko pozornie obśmiewa wytworzony przez normatywną kulturę heteronormatywną męską mit blondynki, bo robi to w tak paternalistyczny sposób, że jeszcze bardziej ustala ich reputację. Ta śmieszność jest toporna i bezpośrednia. Raczej bym się zastanowił, dlaczego Mariola – brodaty facet w peruce – jest akceptowana i kochana, a Conchita Wurst – ten sam typ estetyki – nienawidzona i pogardzana. Bo Conchita jest wolna, nieokiełznana, robi, co chce, nawet jeśli na granicy kiczu czy niesmaku, a Mariolka potwierdza ukochany przez kulturę patriarchalną stereotyp. Pokazuje nam to, co nam pasuje, co sami myślimy! Jędrusik, Freddie Mercury, Gessler, „Seksmisja” – niby to wszystko widoczne, a jednak ukryte. I wcale nie pomaga polskim mniejszościom seksualnym. Skąd się bierze ta przezroczystość?

– Nie pomaga, bo heteronorma nie chce dostrzec tego, na co patrzy. Czyli tego, że w istocie ludzie LGBTQ+ mają takie same postawy, odruchy, rozterki jak my.

Queer akceptuje niuanse. Przykładowo każdy gej jest homoseksualistą, ale nie każdy homoseksualista jest gejem – czyli nie identyfikuje się otwarcie z tą kulturą. Nie każdy też jest queerem, bo na przykład nie chce być widoczny czy łamać jakiegoś tabu, z własnego wyboru pozostaje w szafie. Geje, lesbijki, transseksualiści, biseksualiści są tak różni jak każdy człowiek.

Ale wrzuca się ich wszystkich do jednego wora – bezbożnej, groźnej mniejszości, którą należy wytępić, a jeśli się nie da, to przynajmniej ukryć. Bądź sobie homoseksualny, ale już nie gejem czy lesbijką. Żyj, jak już musisz, ale nie „epatuj”, nie wychodź na zewnątrz. Stąd te wszystkie teksty o tym, że coś – piosenka, książeczka dla dzieci, komiks, spektakl, czyjaś kreacja artystyczna – jest np. promocją homoseksualizmu. Albo te postawy osób tolerancyjnych, które zastrzegają, że wszystko OK, one są tylko przeciwne temu nieestetycznemu wyuzdaniu i homorodzicielstwu.

Taka specyficzna cecha społeczeństw zmaltretowanych przez historię jest nadal u nas żywa. Ukryj majątek, ukryj siebie, nie wyróżniaj się, usiądź w ostatniej ławce, nie odzywaj się, jakoś to będzie. Kłam, zaprzeczaj, twórz prawdy alternatywne. I przede wszystkim święcie się oburzaj. A będzie ci darowane. W takiej wizji świata nasza seksualność, nie tylko homoseksualność, ale każda seksualność, każdy rodzaj seksu i każde ciało są elementami, które należy normalizować, trzymać w ryzach. I taka wewnętrzna cenzura sprawia, że również geje czy lesbijki bywają homofobiczni, a kobiety mizoginiczne. Obejrzałam już trzy razy z całą rodziną, czasem nawet pochlipując, taki program na Netflixie „Porady różowej brygady”: pięciu gejów odwiedza heteryka, ale takiego do bólu – wielodzietnego katolika, strażaka, informatyka – i zmieniają mu życie. Od fryzury, poprzez zawartość szafy, wystrój domu, dietę, aż po wizytę u psychologa.

– Ten program jest wspaniały! Pokazuje, jak ewoluuje społeczeństwo uczciwie i pomysłowo edukowane, jak otwiera się na odmieńcze kultury. Kiedy LGBTQ+ to już nie jest wielka literatura, wielcy twórcy, jakiś Oscar Wilde i da Vinci, tylko twój fryzjer, twój stylista, twój prawnik, twój lekarz, twój dietetyk – przyjmujesz coś nowego z otwartymi rękoma. Bo to jest „nasz” gej, a nasze, wiadomo, jest OK.

*REMIGIUSZ RYZIŃSKI – ur. w 1978 r., filozof, kulturoznawca, pisarz, wykładowca, tłumacz (m.in. Sartre’a i Eco). Zajmuje się gender, queer i tematyką feministyczną, habilitował się z feminizmu francuskiego. Wydał książki naukowe: „Konfabulator. Normatywne i marginalne znaczenie męskości w filozofii Zygmunta Freuda”, „Rzecz niemożliwa. Fragmenty o pisaniu i kochaniu”, „Wariatki – Zygmunta Freuda przypadki kobiece”, a ostatnio nominowany do Nike tom reporterski „Foucault w Warszawie”

Na zdjęciach obok: Elton John i Fredy Mercury

„Bądź sobie homoseksualistą, żyj, jak chcesz, ale nie »epatuj«, my jesteśmy tolerancyjni, tylko przeciwko temu nieestetycznemu wyuzdaniu i homorodzicielstwu”. Takie postawy to cecha społeczeństw zmaltretowanych przez historię: ukryj swój majątek, ukryj...

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.