WCZORAJ KOSMONAUTKI, DZIŚ AKTORKI

Prawa kobiet na zakręcie

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - MAGDALENA ŚRODA

J– Jest pani feministką? – Skąd! – Nie interesuje więc pani dyskryminacja kobiet, to, że są ofiarami przemocy (fizycznej, seksualnej, ekonomicznej), że mniej zarabiają, więcej pracując, że mają niewielki wpływ na decyzje polityczne, że traktuje się je jak inkubatory?

Bardzo mnie to interesuje! I oburza! Ale żeby od razu być feministką? Ja mam męża, dzieci, pracę. Jestem normalną kobietą...

Słowo „feminizm” to piętno, pieczołowicie wypracowane i stosowane przez tych, którzy sprzeciwiają się naruszaniu jednego z najsilniejszych fundamentów patriarchalnego społeczeństwa, jakim jest poddaństwo kobiet (zwane również ich „tradycyjną rolą”, „naturalnym powołaniem”, „przeznaczeniem”). Siła tego piętna jest odwrotnie proporcjonalna do siły polskiego feminizmu. Bo tak jak mamy antysemityzm bez Żydów, tak mamy antyfeminizm praktycznie bez feministek.

Feminizm w Polsce, w przeciwieństwie do samych kobiet, był zawsze bardzo słaby. „Radykalny” bywał wyłącznie w opiniach księży, konserwatywnych publicystów i tych spośród polityków prawicy, którzy chwilowo nie mieli pomysłu na siebie i musieli wymyślić jakiegoś wroga.

W ich barwnej narracji to genderystki, które podmieniają dzieciom płeć, o ile wcześniej nie udało się im tych dzieci zabić, zwłaszcza w ulubionej przez polityków fazie „poczętej”. Każda feministka jest dziwadłem (baba-chłop), lesbijką, lewaczką i morderczynią, w dokładnie ten sam sposób, w jaki każdy prawdziwy Polak jest katolikiem, a każdy uchodźca terrorystą.

W szerszym dyskursie samo słowo „feminizm” się nie przyjęło, i to nie tylko dlatego, że jego treść ginęła w oparach prawicowych absurdów. Nie było historycznego i społecznego zapotrzebowania na taki ruch, zwłaszcza w jego radykalnej postaci. To znaczy takiej, jaką można było zobaczyć w Wielkiej Brytanii, gdy sufrażystki walczyły o prawa wyborcze, uciekając się do akcji zbrojnych; w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku, gdy prowadziły strajki głodowe i miesiącami pikietowały pod Białym Domem, żądając zmiany konstytucji, gdy w latach 60. wyszły na ulice, domagając się czegoś więcej niż bycia „panią domu” – Amerykanki strajkowały, robiły barykady, brały zakładników, głodowały, okupowały.

Podobnie było we Francji w czasach walk o prawo do antykoncepcji i aborcji oraz w protestanckiej części Niemiec, gdzie wyzwolenie kobiet znaczyło wyzwolenie spod władzy domowego boga, czyli męża.

Tymczasem w Polsce nic takiego nie miało miejsca. W ciągu prawie 200 lat, odkąd powstały pierwsze organizacje kobiece, a było ich w każdym zaborze po kilkadziesiąt, żadna nie była feministyczna, indywidualistyczna, kosmopolityczna czy radykalna; żadna nie opracowała kobiecego programu politycznego, żadna nie domagała się ekskluzywnych praw kobiet związanych z władzą, seksualnością czy pełną równością.

Kobiety organizowały się, wydawały pisma, szkoliły, opatrywały rany powstańców, przemycały broń. Ale gdy na konspiracyjnym Zjeździe Kobiet w 1907 r. Zofia Nałkowska powiedziała: „Chcemy całego życia”, mając na myśli prawo do pełnej wolności osobistej i seksualnej, działaczki były oburzone i część opuściła salę.

„Najpierwsza ojczyzna”

Specyfiką polskich ruchów emancypacyjnych był ich narodowy charakter. Trudno byłoby tak jak na Zachodzie znaleźć tu wyraziste podziały na feminizm liberalny, socjalistyczny, ludowy czy proletariacki. „Najpierw niepodległość, najpierwsza ojczyzna” – głosiły wszystkie ruchy. Walka o prawa kobiet miała służyć wzmocnieniu potencjału narodowego.

Troska o docenienie „kobiecości” miała wskazać drogę do zbudowania narodowego bytu na podstawach nieco innych niż męski militaryzm. „Kobiecość” to altruizm, troska, współpraca, poczucie sprawiedliwości, zaszczytne macierzyństwo, nowa etyka (miłosierdzie dla innych, surowość dla siebie), to czystość obyczajowa, co Nałkowska (i chyba tylko ona) traktowała jako przejaw „przystosowania się do warunków niewolnictwa”.

Orzeszkowa pisała, że „kobieta to apostołka, reformatorka, mędrzec” (znamienny jest tu brak formy żeńskiej), względnie anioł; jeśli ruch kobiecy zwycięży – świat będzie lepszy, nie tylko dla kobiet. Polskie feministki walczyły więc o wolną Polskę dla wszystkich, a dla siebie o prawo do edukacji i pracy zawodowej, by móc tej Polsce wiernie i skutecznie służyć.

Niemal wszystkie badaczki i badacze ruchów emancypacyjnych z początków XX wieku twierdzą, że zwolenniczki równouprawnienia, mimo że wywalczyły prawa wyborcze, tak bardzo podporządkowały swój ruch celom narodowym, że nigdy nie stał się on w pełni feministyczny i nigdy nie potrafił w pełni reprezentować interesów kobiet. Racjonalne i oświeceniowe tradycje działań na rzecz pełnego równouprawnienia zostały osłabione przez „zmistyfikowane tradycje narodowej walki o wolność”. „Polski feminizm spojrzał w oczy nacjonalizmowi i wycofał się”.

Dlaczego tak się stało, dlaczego feminizm był ( jest?) w Polsce tak słaby, mimo że problemy kobiet są ogromne? Przyczyny mają charakter historyczny i strukturalny.

Złotych klatek brak

Polska była krajem agrarnym, chłopsko-szlacheckim, a do tego biednym, nigdy nie rozwinęła się w nim bogata klasa średnia. A to właśnie ona zbudowała ostrą granicę między tym, co prywatne, i tym, co publiczne, wtłaczając kobiety do domów, gdzie pełniły funkcje prokreatywno-dekoracyjne. Kobiety w Polsce natomiast funkcjonowały pomiędzy tymi sferami, prowadząc gospodarstwa, edukując się i – z biedy – pracując.

W wielu zachodnich krajach prawo kobiet do edukacji ograniczało się do dziedzin praktycznych i artystycznych. We Francji nawet wtedy, gdy uniwersytety były już otwarte dla kobiet, Francuzki nie mogły z nich skorzystać, bo nie miały należytego wykształcenia. Miała je natomiast Maria Skłodowska, bo zdobyła je w domu i na Latającym Uniwersytecie założonym w 1883 r. przez Jadwigę SzczawińskąDawidową.

Amerykanki po II wojnie światowej mogły studiować, ale po wyjściu za mąż nie mogły podjąć żadnej pracy zawodowej z powodów obyczajowych. Żona musiała odgrywać tradycyjną rolę i co najwyżej korzystać z dobrego materialnego statusu rodziny, nakręcając konsumpcyjny boom. Z tego powodu wielka rewolta lat 60., gdy „udomowione”, zamożne kobiety wyszły na ulice, domagając się „całego życia”, a nie „złotych klatek”, w których je zamknięto.

W Polsce na przestrzeni całych dziejów nie było nigdy „złotych klatek”; trudno byłoby w ogóle wyobrazić sobie kobiety, które ciesząc się domowym dobrobytem (domek na przedmieściu, basen i książeczka czekowa męża), domagałyby się czegoś więcej: pracy, niezależności, sensu. Z reguły bowiem miały jakąś pracę i rzadko kiedy dane im było zaznać na taką skalę jak w USA mieszczańskiego dobrobytu. Toteż nie było potrzeby, by siłą się przebijać do sfery publicznej.

Gdzie tatusiów szwadron leży

Na inną niż zachodnia pozycję kobiet w Polsce wpływała też nasza historia. Ich aktywność była wymuszona nie tylko przez agrarną strukturę społeczeństwa i biedę, ale również przez brak państwowej niepodległości. Sfera publiczna wraz z jej instytucjami była zaanektowana przez zaborców, toteż życie „publiczne”, a w każdym razie polityczne, kulturalne, edukacyjne, toczyło się po domach (na tajnych uniwersytetach, na domowych kursach), a więc tam, gdzie panowały kobiety. Nie brały one co prawda udziału w politycznych grach, ale też po licznych i nieudanych powstaniach, które były ich skutkiem, zostawały w tych domach, utrzymując „narodową substancję”, podczas gdy mężczyźni ginęli, jechali na Sybir, siedzieli w więzieniach.

Satyrycznie opisuje to jedna z piosenek Wasowskiego i Przybory o Zosi, która „troszczy się” o licznych ułanów zajeżdżających pod jej dom. Pierwszemu „nie żałuje nic nieboga,/ bo z ułana za dwa dzionki/ jeno krzyżyk i skowronki”, potem podjeżdża drugi, który „chwyci Zosię w pół i przegnie,/ i pokocha, i polegnie”, potem trzeci i czwarty... „A gdy już skończone boje,/ wodzi Zosia dzieci swoje/ na kurhanek w polu świeży,/ gdzie tatusiów szwadron leży”.

Prawo nie zależy od nas

Z powodu zaborów, faszyzmu i komunizmu w Polsce nigdy nie wykształcił się szacunek do prawa. Prawo zależało od obcych, więc postawa patriotyczna wyrażała się raczej w jego kontestacji niż posłuszeństwie. To

dotyczy również zakazu aborcji. W krajach praworządnych, np. we Francji, zakaz aborcji był ściśle przestrzegany. Wykształciło się tam domorosłe rzemiosło aborcyjne, a także niebezpieczne dla zdrowia kobiety podziemie aborcyjne; bywało, że kobiety okaleczały się, umierały. Z tego powodu walka o prawo do aborcji była zaciekła, solidarna, radykalna w środkach.

W Polsce, w której stosunek do prawa był wrogi, wykształciły się postawy omijania go, lekceważenia, „dawania sobie rady”. Podziemie aborcyjne ma u nas postać dość luksusową i jest bogate w bezpieczną ofertę, tyle że za duże pieniądze. Nikt do tej pory nie musiał więc przedsiębrać radykalnych metod, by znieść zakaz czy ograniczenia aborcji, a i kolejne rządy zadowalały się urzędową hipokryzją, zgodnie z którą liczba zabiegów w kraju nie przekraczała 200 rocznie (przy gwałtownie spadających wskaźnikach demograficznych). Politycy wiedzieli bowiem, że „kobiety sobie poradzą”, wiedzieli też, że oni sami nie poradzą sobie bez Kościoła, który ich polityczne trwanie co cztery lata podtrzymywał. Wszelako pod warunkiem utrzymania poddaństwa kobiet.

I tak to się toczyło. Może już dość?! Irlandia dała dobry przykład, jak tę sytuację zmienić.

Maryja – kobieta, która rządzi

Inną przyczyną łagodności polskiego feminizmu jest maryjność naszego katolicyzmu. Kult Maryi i jej nieprzebrane sanktuaria tudzież rozliczne święta wyznaczające cykl politycznych spektakli pokazują, że przynajmniej w warstwie symbolicznej rządzi tu kobieta. Setki tysięcy mężczyzn, policjantów, polityków, słuchaczy Radia Maryja, kiboli, którzy na co dzień gardzą kobietami i wyznaczają im podrzędne role, co najmniej raz do roku wybierają się na pielgrzymkę, by pokłonić się kobiecie. Bóg jest Wielkim Nieobecnym, Maryja zaś – realna i nasza własna. Daje to kobietom pewną rekompensatę godnościową, równie symboliczną jak całowanie po rękach i puszczanie w drzwiach (obyczaj, który notabene ginie), ale zawsze.

Wiele kobiet na to religijne i etykietalne wywyższenie daje się nabrać, czerpiąc stąd poczucie wartości i pocieszenie. W końcu Maryja jest kobietą, a ma władzę. Gdyby je jednak zapytać, czy wolą symbole, czy realną równość, odpowiedziałyby zapewne, że równość, np. w płacach. Nikt jednak, włącznie z papieżem Janem Pawłem II, prawdziwym propagatorem kultu maryjnego, nie zapytał o to polskich kobiet.

Maryja też nie pyta, ale pociesza. Jeśli porównamy maryjny kobiecy katolicyzm do bardzo męskiego protestantyzmu, gdzie nie ma żadnych mediatorów między słabą kobietą a bezwzględnym Bogiem, prócz „Boga domowego”, czyli męża, to zrozumiemy, że polski feminizm w przeciwieństwie do niemieckiego i tu nie miał możliwości się rozwinąć. Feministki polskie, w przeciwieństwie do niemieckich koleżanek, w otwartą walkę z Kościołem nie wchodziły.

Pora to zmienić, bo przecież Bóg jest wszędzie, a w kościołach są tylko mężczyźni, którzy nie lubią kobiet.

Kobiety wzmocnił PRL

O amorficzności naszego feminizmu mogło też zadecydować to, że równouprawnienie, nawet jeśli w dużej mierze fasadowe, zostało nam dane bez walki. W PRL-u. Strach dziś o nim pisać, bo skrót ten otoczony jest jeszcze gorszą sławą niż sam feminizm, ale wbrew temu, jaką wiedzę produkuje i upowszechnia obecna władza w ramach polityki historycznej, polski socjalizm nie tylko wzmocnił ideę równouprawnienia, ale zwiększył także rzeczywistą równość szans kobiet. Można się zgodzić z opinią, że system potrzebował wszystkich rąk do pracy, a więc wykorzystywał również kobiety. Tyle że dla wielu była to realna możliwość uzyskania względnej niezależności.

Do możliwości (przymusu) pracy dochodziła skuteczna polityka socjalna: darmowe żłobki, przedszkola, służba zdrowia, kolonie dla dzieci (dziś jadą tylko na pielgrzymki). Śmiejemy się z kobiet na traktorach, ale proszę wierzyć: lepiej jest prowadzić traktor, niż za nim iść.

Gdy byłam w przedszkolu, wszyscy mówili o bohaterce tamtych czasów Walentynie Tierieszkowej. „Pani” powtarzała dziewczynkom, że mogą być kosmonautkami, kim tylko chcą, byleby się uczyć i pracować. Dziś małe dziewczynki chcą być księżniczkami, aktorkami, względnie „miss”, tak bardzo opętał ich matki mit „tradycyjnej roli kobiecej”.

Kobiety w komunizmie nie miały żadnej władzy, ale konieczność zwiększania mocy produkcyjnych powodowała, że edukacja była otwarta dla wszystkich i wiele barier w pracy zawodowej, w dostępie do karier, które wzmacniała II Rzeczpospolita i które wróciły dziś, zostało wtedy przełamanych.

Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto?

Rok 1989, w którym Polska zaczynała dokonywać transformacji ustrojowej, znaczył również deemancypację. W czasach zaciskania pasa, w czasach reform, wchodzenia do Unii, przejmowania władzy od jednej partii przez inną ciągle słyszałyśmy: „Najpierw Polska, potem kobiety”. Tyle że ta „Polska” to nader często Kościół, partyjny interes, prywatne ambicje, patriarchalna tradycja lub – tak jak teraz – autorytarna, fundamentalistyczno-nacjonalistyczna władza.

Każdy kolejny rząd, nawet jeśli nie deklarował otwarcie antyfeminizmu, spychał kobiety do ról podrzędnych, traktując ich roszczenia jako wrogie, „na wyrost” lub co najmniej niepoważne. Zawsze były sprawy rzekomo ważniejsze, zawsze byli gracze znacznie mocniejsi niż ci, którzy reprezentowali sprawy kobiet, zawsze były kobiety, które w polityce żarliwie walczyły o interesy mężczyzn, a nie własnej płci. Były i ciągle są.

Tymczasem feminizm jako zaplecze i awangarda walki o prawa kobiet jest nadal słaby. Dlatego nikt nie respektuje konwencji ds. przeciwdziałania przemocy, dlatego mamy ciągle niższe płace za tę samą pracę, dlatego nie ma nas ciągle w gremiach decyzyjnych, w mediach, dlatego to nie my kształtujemy opinię publiczną, dlatego ciągle jesteśmy ofiarami przemocy, dlatego żebrzemy na nasze niepełnosprawne dzieci, dlatego pozwalamy się traktować jak inkubatory, deptać naszą godność i oddawać ciała Kościołowi.

Ale jest czas na kobiety, na silny feminizm – bo jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? „Czarny protest” powinien być permanentny, nie tylko na ulicach, również w domu, gdzie jest obecna przemoc, w pracy, gdzie są obecne nierówności, w polityce, gdzie głos kobiet nie jest słyszalny; wszędzie tam, gdzie obecne są dyskryminacja, opresja, pogarda, molestowanie. I wszędzie tam, gdzie projektuje się Polskę prawdziwie demokratyczną, równą, różnorodną, otwartą i sprawiedliwą.

PS Feminizm to ruch społeczny i zbiór poglądów, który składa się z trzech elementów. Pierwszy to wiedza dotycząca powszechnej dyskryminacji kobiet. Badania socjologiczne z całego świata pokazują, że kobiety miały i ciągle mają znacząco mniejszy niż mężczyźni dostęp do pracy, edukacji, dobrobytu, władzy, karier, bezpieczeństwa i opinii publicznej. Jednym słowem – są w gorszym położeniu tylko dlatego, że są kobietami.

Drugim elementem są naukowe studia (kulturowe, feministyczne, genderowe) mające na celu zrozumienie przyczyn owego stanu rzeczy.

Trzecim elementem, najważniejszym, jest wola zmiany: zniesienie dyskryminacji w imię sprawiedliwości i demokratycznych idei wolności i równości (i obywateli, i obywatelek).

KOBIETY WIEDZĄ, CO ROBIĄ

W sobotę w Gdańsku (Filharmonia Bałtycka, ul. Ołowianka 1) odbędzie się konferencja „Kobiety wiedzą, co robią”, organizowana przez „Wyborczą” i „Wysokie Obcasy”. Gościem specjalnym będzie Jolanta Kwaśniewska, która weźmie udział w panelu „Siła kobiet – skąd ją brać”. Inne tematy to: „Moc dziewczyn to nowe technologie” oraz „Kobiety z pasją”. Początek o godz. 11.30

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.