Premier Szydło nie dzwoniła

– Śledczy grają na zwłokę, żeby wszyscy zapomnieli o wypadku i całej sprawie. Odkąd TVP opublikowała moją prywatną korespondencję z Beatą Szydło, nie miałem już kontaktu z panią premier. Tuż po wypadku rządowej limuzyny z Beatą Szydło policja twierdziła,

Gazeta Wyborcza - - KRAJ -

We wtorek na niejawnym posiedzeniu sąd zdecyduje, czy moja rozprawa odbędzie się w Sądzie Rejonowym w Oświęcimiu, czy w Apelacyjnym w Krakowie. Dla mnie to obojętne. Nie podoba mi się, że śledczy wszystko przeciągają, wygląda to jak granie na zwłokę. Zbliżają się wakacje, sądy działają inaczej w tym czasie, więc wszystko zacznie się dopiero jesienią. Mam wrażenie, że chodzi o to, by ludzie o wszystkim zapomnieli.

– To by oznaczało przyznanie do winy, czyli do spowodowania wypadku. Musiałbym zapłacić grzywnę, a później premier Beata Szydło i funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu na drodze cywilnej mogliby zażądać ode mnie odszkodowania. W dodatku musiałbym zapłacić za uszkodzoną rządową limuzynę.

– Zacznijmy od tego, że nie czuję się winny spowodowania wypadku. Dlatego odwołałem się od umorzenia.

– Nawet w zaproponowanym umorzeniu postępowania znalazł się zapis, że nie ustąpiłem pierwszeństwa pojazdowi, który wysyłał świetlne sygnały uprzywilejowania. Biegli stwierdzili więc, że nawet jeśli sygnałów dźwiękowych nie było, to jestem winien spowodowania wypadku. Kodeks drogowy mówi tymczasem, że aby kolumnę uznać za uprzywilejowaną, muszą być włączone zarówno sygnały dźwiękowe, jak i świetlne. Jeśli brakuje jednego z tych elementów, mamy do czynienia ze zwykłymi samochodami. Żadna opinia, nawet najlepszych biegłych, nie może zmienić tekstu ustawy.

– Na początku marca prokuratura umorzyła sprawę. Złożyliśmy zażalenie, które rozpatrywał sąd w Jaworznie. Przychylił się jednak do decyzji prokuratury.

– Moim zdaniem bardziej naciskano na tych policjantów niż na mnie… Ale w naszym odwołaniu od decyzji prokuratury chodziło też o to, jak zostałem potraktowany. Policjant przywiózł mnie z komisariatu na miejsce wypadku i zostawił przy taśmie, przy której stali reporterzy. Ponad godzinę czekałem, aż przyjedzie z powrotem i mnie zabierze. – Ostatni raz rozmawiałem z nimi zaraz po wypadku w Oświęcimiu.

– To nie oni przyszli do mnie z pomocą, ale ja i moi rodzice poprosiliśmy ich o pomoc. Wydaje mi się, że nie angażują się dalej w moją sprawę, by więcej im nie zarzucano, że opozycja próbuje coś ugrać politycznie na tym wypadku.

– Na Facebooka wróciłem w sierpniu. Stwierdziłem, że nawet jeśli ktoś będzie chciał mnie inwigilować, to nie mogę się tym przejmować. Nie miałem jednak przykrych sytuacji. Sporo osób pytało mnie tylko, co zrobię z pieniędzmi z publicznej zbiórki.

– Dalej znajdują się na koncie Pomagam.pl. Dopiero kiedy uprawomocni się wyrok w mojej sprawie, pomyślę, na co je przeznaczyć. Będzie to zapewne jakiś cel albo organizacja charytatywna.

– Tak, ciągle jestem zatrudniony w kolekturze Totalizatora Sportowego. ALEKSANDER GURGUL

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.