TRUMP POZNAJE KIMA

Donald Trump liczy na to, że uda mu się namówić Kim Dżong Una do rozbrojenia nuklearnego Półwyspu Koreańskiego

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - ROBERT STEFANICKI

„Spotkanie zapoznawcze”, jak określił je Trump, odbywa się na neutralnym gruncie – w Singapurze. Obaj przywódcy dotarli tam w niedzielę, ale spotkają się we wtorek rano (w Polsce będzie 3 w nocy) w hotelu na wyspie Sentosa. Ta nazwa oznacza „spokój”, ale pół wieku temu to samo miejsce figurowało na mapach jako Pulau Blakang Mati, co można przetłumaczyć jako „wyspa śmierci znienacka”. To dobra ilustracja niepewności co do wyników pączkującego procesu pokojowego.

Według Amerykanów głównym tematem ma być rozbrojenie nuklearne Korei Północnej, która dorobiła się już ok. 60 głowic atomowych i dysponuje rakietami mogącymi je przenieść na terytorium USA. Cały ubiegły rok trwała wymiana gróźb między Trumpem a Kimem. Pachniało już wojną, gdy nagle dyktator oświadczył, że chciałby denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. To umożliwiło odwilż w relacjach KRLD z Koreą Południową, a teraz szczyt z Trumpem. Na razie Kim nie zdradził, czego chce w zamian za rozbrojenie.

Sekretarz stanu Mike Pompeo powiedział w poniedziałek, że USA oferują Korei „unikalne” gwarancje bezpieczeństwa, „żeby nie czuła, że to się dla niej źle skończy”. Waszyngton oczekuje „kompletnej, weryfikowalnej i nieodwracalnej denuklearyzacji” – powtórzył. Dopiero wtedy Korea Płn. będzie mogła liczyć na zniesienie sankcji, które społeczność międzynarodowa zaostrzyła, by ukarać Kima za kolejne testy nuklearne.

Trump przekonuje, że to właśnie sankcje uchwalone na jego wniosek przymusiły Kima do rozmów. Natomiast Kim mówi swoim ludziom, że to testy nuklearne przymusiły Amerykę do negocjacji.

Dzień przed szczytem w Singapurze spotkali się wysokiej rangi przedstawiciele obu przywódców, by zredagować tekst deklaracji, którą mieliby ogłosić Kim i Trump. W Singapurze nie zostanie jednak podpisane żadne poważniejsze porozumienie, za sukces zostanie uznana deklaracja dalszych rozmów. Trump już zapowiedział, że będą potrzebne kolejne szczyty.

Według południowokoreańskiego dziennika „Joongang Ilbo” do kolejnego spotkania obu przywódców może dojść już za miesiąc. Kim miał zaprosić Trumpa na rozmowy do Pjong jangu w lipcu, a według gazety zostało to potwierdzone na licznych spotkaniach roboczych. Jeśli dojdą one do skutku, kolejny szczyt miałby się odbyć w Waszyngtonie (Trump już wcześniej zapowiadał, że być może spotka się z Kimem w Białym Domu).

W poniedziałek rano Trump napisał na Twitterze, że ma „dobre przeczucia” co do szczytu w Singapurze i że „w powietrzu czuć ekscytację”: „Wiem, że Kim Dżong Un ciężko pracował, żeby dokonać czegoś, co wcześniej robiono rzadko”.

Kilka dni temu chwalił się, że nie musi się specjalnie przygotowywać, bo ma świetną intuicję i dawno rozgryzł osobowość Koreańczyka. Stwierdził też, że w takich spotkaniach chodzi głównie o „odpowiednie podejście”. A o tym, czy Kim jest szczery, będzie wiedział w ciągu minuty od podania mu ręki. Postanowił też spotkać się z Kimem sam na sam (nie licząc tłumaczy). Zdaniem ekspertów to ryzykowne posunięcie, które potencjalnie grozi zniweczeniem szansy na porozumienie, bo po spotkaniu bez świadków obie strony mogą przedstawiać całkiem odmienne jego rezultaty.

Optymizm Trumpa jest jednak uzasadniony bezprecedensowym artykułem wstępnym, jaki zamieściła w poniedziałek gazeta „Rodong Sinmun”, organ władz w Pjong jangu. Oficjalnie poinformowano, że Kim Dżong Un jedzie do Singapuru, „by nawiązać nowe stosunki, odpowiednie do zmieniających się wymogów nowej ery, które pozwolą ustanowić stały i pokojowy reżim na Półwyspie Koreańskim, w tym kwestię usunięcia broni nuklearnej z Półwyspu”.

Dzisiejszy szczyt w Singapurze raczej nie da na nie odpowiedzi – być może nie zna jej jeszcze nawet Kim. Jednak już to, że do pierwszego takiego spotkania w historii udało się doprowadzić, każe rozważyć szanse na zmianę polityki Pjongjangu. Donald Trump, godząc się rozmawiać z Kimem, naprawdę uwierzył w możliwość denuklearyzacji Korei Płn. Trump tę wiarę opiera na swej intuicji. Ale są i inne przesłanki, by tę wersję dopuścić.

Po pierwsze, gospodarka

Przepis na sukces jest znany. Pjongjang powinien się zobowiązać do demontażu arsenału nuklearnego, poddania międzynarodowym inspekcjom, ponownego dołączenia do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. W zamian Ameryka z Chinami i Rosją powinny udzielić jej gwarancji bezpieczeństwa, nawiązać stosunki dyplomatyczne, podpisać porozumienie pokojowe kończące wojnę sprzed 65 lat. Do dyskusji jest kalendarz i kolejność tych zdarzeń.

Tylko że to już było. Negocjacje toczone od 1993 r. z reżimem Kim Ir Sena, potem Kim Dżong Il, zawierały takie zapisy. Korea Płn. zrywała jednak porozumienia, gdy tylko uznała, że więcej nie da się utargować – i że druga strona nie wywiązuje się ze zobowiązań, co też było prawdą. Dlaczego z Kim Dżong Unem miałoby być inaczej?

Najważniejsza przesłanka: obecny przywódca jest mocniej zaangażowany w urynkowianie gospodarki niż jego poprzednicy. Za rządów Kim Dżong Una stosunkowo niewiele ograniczeń jest nakładanych na funkcjonowanie bazarów – przyczółka indywidualnej przedsiębiorczości w Korei Płn. Co więcej, państwowe firmy dostały zielone światło, by funkcjonować częściowo na warunkach rynkowych. Powstała elita rodzimych przedsiębiorców, najczęściej powiązanych z partią, którym zależy na utrzymaniu relacji ze światem zewnętrznym. Czyli na zniesieniu sankcji – kary za program nuklearny. Amerykańska oferta inwestycji w rozbrojonej Korei byłaby dla nich dodatkową szansą.

Wymiana handlowa z zagranicą to już połowa PKB Korei, który mimo sankcji co roku rośnie. Urzędnicy w Pjong jangu suf lują zagranicznym gościom, że Kim chce pójść śladem Wietnamu. Ten rozkwitł po zawarciu pokoju z USA, naśladując chińskie reformy gospodarcze Deng Xiaopinga z lat 80. – lecz jednym z celów wietnamskich władz było uniezależnienie się od Chin. Podobna sytuacja jest wyobrażalna w Korei Płn.

Ma to potwierdzenie w oficjalnej ideologii. Kim Dżong Il prowadził politykę „songun” („armia najpierw”). Jego syn w 2016 r. sformułował własną: „byung jin nosun” („równoległe ścieżki”), łączącą rozwój nuklearny z gospodarczym. 20 kwietnia br. na plenum komitetu centralnego Koreańskiej Partii Pracy ogłoszono koniec byung jin. Odtąd priorytetem ma być gospodarka.

Relacje Kima z armią

Kim zmienił ton z wojowniczego na pojednawczy na początku roku. Nie znalazło to odzwierciedlenia w aparacie propagandowym KRLD, który pracuje na użytek krajowy. Obywatele i szeregowi aparatczycy nie zostali poinformowani, że w kraju zachodzą ważne zmiany, i wciąż słuchali o konieczności stawienia oporu zakusom imperialistów. Była to poszlaka, że zmiana jest fasadowa. Aż w przeddzień szczytu wstępniak dziennika „Rodong Sinmun” ogłosił, że Kim pojechał do Singapuru spotkać się z Trumpem, żeby „nawiązać nowe relacje” z USA i „sprostać wyzwaniom nowej ery”. Poinformowano, że jednym z tematów rozmów będzie denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego. „Nawet gdy kraj [USA] miał z nami wrogie relacje w przeszłości, to jeśli respektuje naszą autonomię, będziemy z nim szukać normalizacji poprzez dialog”.

Na uwagę zasługują relacje Kima z armią. Cytowany w „Economist” chiński ekspert twierdzi, że od objęcia władzy w 2011 r. przywódca podporządkował sobie dwa z trzech filarów reżimu – partię i służbę bezpieczeństwa. Ale na wojsko ma ograniczony wpływ. To może częściowo tłumaczyć wymazanie armii z listy narodowych priorytetów.

Istnieje obawa, że generałowie mogą się zbuntować przeciw rozmontowaniu programu nuklearnego. Spekulowano, że Kim boi się wyjeżdżać z kraju w obawie przed puczem. W ub. tygodniu Kim wymienił ministra obrony i dwóch ważnych generałów. Można spekulować, że były to osoby sprzeciwiające się rezygnacji z atomu. Ale równie dobrze wszystko to może być mydlenie oczu. „Patrz, Donald, mam szczery zamiar się rozbroić, ale nie mogę tego zrobić szybko, bo armia mi się zbuntuje”, zdaje się mówić Kim Trumpowi.

Spotkanie „zapoznawcze plus”

Trump zdaje się to kupować. Agencja Reuters zacytowała wypowiedź anonimowego urzędnika amerykańskiego, że Biały Dom sprzeciwił się naciskom własnych negocjatorów, by zdefiniować „całkowitą, weryfikowalną i nieodwracalną denuklearyzację” Korei Płn. – w tych trzech słowach zawiera się cel negocjacji USA z KRLD. Znaczyłoby to, że Trump na razie nie zażąda od Kima konkretów i zadowoli się ogólnymi deklaracjami, jak dotąd. Będzie mógł ogłosić, że szczyt był sukcesem – choć inaczej definiowanym.

Trump tryska optymizmem i wykazuje cierpliwość. Powiedział, że spotkanie w Singapurze jest „zapoznawcze plus”. I że mogą być potrzebne co najmniej cztery szczyty z Kimem, żeby uzyskać jego zobowiązanie do rozbrojenia.

Być może Kim dostrzegł historyczną szansę na ubicie interesu właśnie z Trumpem. Ten prezydent USA nie ma ideologii ani zasad, interesuje go tylko dobijanie targu. Prowadzi politykę w dużej mierze pod wpływem zmiennych nastrojów. Trump wszystko widzi dwubiegunowo – albo coś jest „najwspanialsze”, albo „najgorsze”. Być może po zerwaniu „najgorszej” umowy nuklearnej z Iranem będzie chciał dowieść, że nie jest tylko destruktorem i potrafi zawrzeć „najwspanialszą” umowę z Koreą Płn. Warto spróbować.

EVAN VUCCI/AP

AP

Mieszkańcy Pjongjangu oglądają na ulicznym ekranie swojego przywódcę Kim Dżong Una, którego wita w Singapurze premier Lee Hsien Loong

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.