WYGRAŁYCHINY

Po pierwszym w historii spotkaniu prezydenta USA z dyktatorem Korei Północnej szanse na rozbrojenie komunistycznego reżimu wzrosły. Ale na razie wygrani są Pjongjang i Pekin

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - ROBERT STEFANICKI

Podpisana po jednodniowym szczycie w Singapurze deklaracja zawiera cztery zasadnicze punkty: +„prezydent Trump zobowiązał się do udzielenia Korei Północnej gwarancji bezpieczeństwa”; „przewodniczący Kim potwierdził swe silne i niezachwiane zaangażowanie na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”; „USA i KRLD zobowiązują się ustanowić nowe relacje między sobą”;

oba państwa wymienią się szczątkami poległych żołnierzy.

W deklaracji nie ma konkretów ani dat – ale ich nie oczekiwano. Donald Trump zapowiadał, że ma być to spotkanie „zapoznawcze plus”. Wciąż nie wiadomo, czy „zaangażowanie” Kim Dżong Una na rzecz denuklearyzacji oznacza, że naprawdę jest gotów zrezygnować z broni atomowej – ani pod jakimi warunkami. Przynajmniej nie wiadomo tego publicznie, bo niewykluczone, że Kim uchylił rąbka tajemnicy w rozmowie w cztery oczy.

Towarzyszący prezydentowi sekretarz stanu Mike Pompeo, grając niejako rolę złego policjanta, przypomniał, że USA oczekują jak najszybszego rozpoczęcia rozbrojenia – całkowitego, weryfikowalnego i nieodwracalnego. Ale w opinii większości analityków Kim więcej zyskał niż Trump.

Na wieczornej konferencji prasowej prezydent złożył ważne obietnice militarne. Zapowiedział, że USA zawieszą „prowokacyjne gry wojenne”, czyli doroczne manewry z Koreą Południową – czego od dawna żądały władze w Pjong jangu. Trump dodał też, że chciałby wycofania żołnierzy USA z Korei Płd.

Seul wyraził lekkie zaniepokojenie. Rzecznik prezydenta Moon Jae-ina stwierdził, że należy się przyjrzeć „dokładnemu znaczeniu i intencjom” wypowiedzi Trumpa. Sam Moon Jae-in, wielki orędownik ocieplenia między USA a KRLD, chwalił szczyt: – Obie Koree i Ameryka napiszą nową historię pokoju i współpracy.

Wyraźnie cieszy się Pekin. – Chiny mają nadzieję, iż Stany Zjednoczone i Korea Północna osiągną porozumienie pokojowe – oświadczył wysoki rangą dyplomata chiński Wang Yi. Pekin już napomyka o konieczności zniesienia nałożonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ sankcji za północnokoreańskie testy jądrowe i rakietowe, którymi Kim szantażował świat. Ale Trump podkreśla, że rozbrojenie ma nastąpić najpierw.

Chiny trzymają się w cieniu, ale są kluczowym graczem. W tym roku Kim, który prawie nie podróżuje za granicę, już dwa razy był tam na rozmowach z prezydentem Xi Jinpingiem. Bardzo możliwe, że Xi obiecał mu częściowe przywrócenie wymiany handlowej, jeśli szczyt z Trumpem będzie udany.

W interesie Pekinu leży pokój na Półwyspie Koreańskim, bo wojna zdestabilizowałaby cały region. Ale również – utrzymanie dyktatury na Północy i niedopuszczenie do zjednoczenia Korei. Z tego punktu widzenia wynik szczytu w Singapurze stuprocentowo służy interesom chińskim. Strategicznym celem Pekinu jest osłabienie wpływów i obecności wojskowej USA w Azji.

Gdy po rozmowach pozowano do wspólnej fotografii, Trump zażartował: – Świetnie! Będziemy wszyscy mieli dobre zdjęcie, wszyscy wyglądamy dobrze, szczupło, wspaniale.

Wymowne zdanie. Obaj przywódcy zrobili sobie dobry PR. Trump zaprezentował się jako obrońca światowego pokoju, gotów spotkać się z największym wrogiem, byle uchronić USA przed śmiertelnym zagrożeniem. Ale osiągnięcie Kima jest wyższej rangi: sprawił, że przywódca supermocarstwa traktuje go jak równego sobie.

Po wtorkowym spotkaniu nie ma co do tego wątpliwości. Trump nazwał go „dobrym, sprytnym negocjatorem”, co jest chyba największym komplementem w ustach biznesmena-prezydenta.

Trump mówił, że nawiązał „bardzo specjalną więź” z Kimem. – Wielu ludziom na świecie wydaje się, że to science fiction – odpowiadał Kim

„Szczery, bezpośredni i produktywny”, według słów Donalda Trumpa, szczyt z Kim Dżong Unem w Singapurze nie przyniósł wielu nowych ustaleń. Ale odbył się bez zgrzytów. Zapowiedziano kolejne spotkania mające prowadzić do rozbrojenia Korei Północnej i pokoju.

Końcowa deklaracja nie wykracza poza ogólniki. Dopiero na wieczornej konferencji prasowej Trump stwierdził, że Kim obiecał mu zniszczenie głównego poligonu rakietowego. Tam też padła deklaracja zawieszenia wspólnych manewrów z Koreą Południową przez USA.

Trump zapowiedział, że wojna koreańska niebawem się zakończy (w 1953 r. obie Koree zawarły rozejm, ale nie podpisały nigdy traktatu pokojowego). Zadeklarował, że chciałby zakończenia „gier wojennych”, co sugeruje kres wspólnych manewrów wojskowych USA i Korei Południowej w regionie. Jak tłumaczył Trump, są one prowokacyjne i drogie, a za ich lwią część płacą USA. – Chcę, by nasi żołnierze wrócili do domu – powiedział. Ale dodał, że nie jest to częścią obecnego porozumienia z Pjong jangiem.

Trump będzie naciskał na denuklearyzację Korei „tak szybką, jak to możliwe z technicznego punktu widzenia”. Przyznał, że może to zająć sporo czasu. I zarzekał się, że „niczego nie oddał”, bo sankcje pozostaną na razie w mocy. Także to nie zostało jednak nigdzie zapisane.

Konkretów unikano nie bez przyczyny – każde zejście o stopień niżej z poziomu ogólnikowych deklaracji niesie ryzyko spięcia. Wedle wcześniejszych oświadczeń Biały Dom jest gotów na zniesienie sankcji dopiero po zweryfikowaniu „całkowitego i nieodwracalnego” rozbrojenia, tymczasem Pjong jang zapewne oczekuje szybkich nagród. Wypowiedzi urzędników administracji Trumpa, które zahaczały o takie praktyczne kwestie, o mało nie doprowadziły do odwołania szczytu.

Tymczasem szczyt miał być niekwestionowanym triumfem Trumpa, który przekonuje, że to jego nieprzejednana postawa (sankcje i groźba ataku) nakłoniły Kima, by zmienił ton z wojowniczego na pojednawczy i „błagał” o spotkanie, oraz Kima, który na swoim podwórku zapewnia, że jego testy nuklearne tak bardzo przeraziły Trumpa, że zgodził się spotkać, na co nigdy wcześniej nie odważył się żaden amerykański prezydent.

I to się w pełni udało. Szczyt przebiegł ściśle według zaplanowanego scenariusza. Były uśmiechy i wizje świetlanej przyszłości.

38 minut w cztery oczy

Kim był bardziej powściągliwy, ale Trump przy każdej okazji podkreślał, że wszystko idzie świetnie i spotkanie jest sukcesem. – Będziemy mieć wspaniałą dyskusję, niesamowicie udaną – zawyrokował jeszcze przed rozpoczęciem rozmów, gdy w hotelu na wyspie Sentosa obaj przywódcy pozowali na tle f lag swoich państw.

– Nie było łatwo tu dotrzeć – powiedział Kim. – Były przeszkody, ale je przezwyciężyliśmy.

Następnie obaj przez 38 minut rozmawiali w cztery oczy (w towarzystwie tłumaczy). Potem dołączyli do nich doradcy. W amerykańskiej delegacji znaleźli się sekretarz stanu Mike Pompeo, doradca ds. bezpieczeństwa John Bolton i szef personelu Białego Domu gen. John Kelly. Kim Dżong Unowi towarzyszyli m.in. doświadczony dyplomata i wiceprzewodniczący partii Kim Dzong Czol, a także szef MSZ Ri Jong Ho.

– Myślę, że cały świat na nas teraz patrzy – powiedział Kim. – Wielu ludziom na świecie wydaje się, że to film science fiction.

Po obiedzie rozmowa była kontynuowana podczas spaceru w ogrodzie. Trump powiedział, że spotkanie przebiegło „lepiej, niż ktokolwiek mógł oczekiwać”. Dodał, że nawiązał „bardzo specjalną więź” z Kimem i że relacje z Koreą Północną będą teraz zupełnie inne. – Ludzie będą pod wielkim wrażeniem, będą szczęśliwi, a my zajmiemy się niebezpiecznym problemem świata – perorował w swoim stylu. Obiecał, że zaprosi Kima do Białego Domu. – To bardzo utalentowany człowiek. Jest wartościowym, sprytnym negocjatorem. I bardzo kocha swój kraj.

Obaj przywódcy zrobili sobie PR. Trump zaprezentował się jako obrońca światowego pokoju, gotowy spotkać się z największym wrogiem, byle zażegnać zagrożenie. Ale osiągnięcie Kima jest wyższej rangi: spowodował, że przywódca supermocarstwa traktuje go jak równego sobie. „Dobry, sprytny negocjator” – to chyba największy komplement w zasobniku Trumpa.

Jak Kim kocha swój kraj

Działaczom praw człowieka na całym świecie musiały opaść szczęki, gdy usłyszeli, że prezydent USA wierzy, iż północnokoreański dyktator „kocha swój kraj”.

Bo to bardzo szorstka miłość. Human Rights Watch określa KRLD jako „jeden z najgorszych autorytarnych reżimów świata”. Społeczeństwo jest poddane całkowitej inwigilacji. Nie ma żadnej wolności słowa, zgromadzeń, wyznania. Szacuje się, że 130 tys. Koreańczyków z Północy jest zamkniętych w obozach pracy, głodzonych i torturowanych za takie przewinienia, jak np. „rozsiewanie pogłosek” na temat państwa.

Scenariusze są pisane w Pjongjangu i Pekinie

Zdaniem Jenny Town ze specjalistycznego portalu 38North szczyt jest wielkim zwycięstwem Kima. – Pół roku temu był jednym z najbardziej znienawidzonych przywódców, a teraz jest traktowany jak polityczna gwiazda – ocenia analityczka w rozmowie z BBC.

Oczywiście nie jest wykluczone, że w dłuższej perspektywie taki gambit okaże się opłacalny. Lepsze uściski dłoni niż wzajemne grożenie rakietami nuklearnymi. Jeśli aktualne ocieplenie relacji z reżimem doprowadzi do reform gospodarczych w stylu chińsko-wietnamskim w Korei Północnej, może to zaowocować także poprawą w dziedzinie praw człowieka. Napięcia związane z rozbrojeniem mogą nawet doprowadzić do przewrotu w KRLD.

Albo wszystko może się skończyć tak jak w przeszłości, czyli wielkim rozczarowaniem i odwrotem dyplomacji. Tego na razie nie wiemy, bo scenariusze są pisane w Pjong jangu i Pekinie, nie w Waszyngtonie.

Gdy przywódcy pozowali do wspólnej fofotgrafii, Trump zażartował: – Świetnie. Będziemy mieli zdjęcie, na którym wyglądamy szczupło

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.