Lista przebojów mundialu w Rosji – czego nie możesz przeoczyć

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - RAFAŁ STEC

LISTA PRZEBOJÓW MUNDIALU W ROSJI Zacząć wypada od mistrzów świata, którzy niekoniecznie zechcą od pierwszego meczu rzucać się w oczy. To nie w stylu Niemców, oni skrupulatnie odmierzają wysiłek niezbędny do osiągnięcia celu, wiedzą, kiedy należy się sprężyć, wyzwania poniżej ich godności odfajkowują – po awansie pozwolili sobie np. na najdłuższą od lat 80. serię sparingów bez zwycięstwa. A jak wreszcie wygrali (tydzień przed inauguracją MŚ, z Arabią Saudyjską), to nieprzekonująco, wydarzeniem wieczoru były przede wszystkim przeraźliwe gwizdy wymierzone w Ilkaya Gündogana, niemieckiego rozgrywającego tureckiego pochodzenia, który spotkał się niedawno z Recepem Tayyipem Erdoganem i nazwał go „swoim prezydentem”.

Nikt z nas nie da się już jednak wyrolować, to jasne jak słońce, że liderzy rankingu FIFA – mają nad drugą Brazylią gigantyczną przewagę – odpalą. Zwłaszcza że znów narzekają, ponoć trochę zaniedbali szkolenie, brakuje im liderów i w ogóle kryzys. Oni jako jedyni w XXI wieku nigdy nie zeszli z podium, złoto wykute w 2014 r. poprzedzili brązami w 2010 i 2006 oraz srebrem w 2002. Czy obronią tytuł, co zdarzyło się dotąd raz, przeszło pół wieku temu? Czy Joachim Löw, prowadzący reprezentację od 12 lat żywy symbol jej imponującej stabilności, zostanie selekcjonerem wszech czasów? Na razie od dekady zewsząd przywozi medale i nie widać najdrobniejszych oznak utraty pasji, świeżości, wpływu na podwładnych. Jeśli mu się powiedzie, zdystansuje wszystkich współczesnych szefów kadr narodowych, a z przeszłości zdołamy wyłowić ostatniego poważnego konkurenta – Vittoria Pozza, jedynego z obroną mundialowego złota w dorobku, kierującego Włochami przez dwie dekady. Ale to w skali futbolowej antyk, czasy przedwojenne... Niezapomnianą demonstrację niemieckiej mocy podziwialiśmy przed czterema laty, gdy Brazylia na własnym stadionie została w półfinale unicestwiona siedmioma golami. I „Canarinhos” jeszcze długo nie umieli się otrząsnąć, ocucił ich dopiero po klęsce na Copa America niejaki Tite, w Europie trener raczej anonimowy, pod którego rozważnym przywództwem wygrywają niemal wszystko, straty ograniczając do absolutnego minimum – przez ostatnich 531 minut mundialowych eliminacji pozwolili sobie wbić gola raz, podobnie jak przez 540 sparingowych minut, które rozegrali od tamtej pory.

Ich lider, Neymar, który w Rio de Janeiro na własnych barkach przydźwigał im historyczne złoto olimpijskie, teraz natychmiast po wyleczeniu ciężkiej kontuzji zaczął wywijać kończynami jak natchniony, piękne gole strzelił i Chorwacji, i Austrii. Aż zacząłem go podejrzewać, że z premedytacją zrobił sobie krzywdę, wiedziony myślą: „Oni się wszyscy wiosną spocą, a ja odpocznę i wygram MŚ, będzie fajnie”. W końcu to on pozostaje głównym pretendentem do przełamania ciągnącego się przez dekadę duopolu Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, a jeśli chce im wyrwać Złotą Piłkę, złoto na turnieju w Rosji musi traktować jako podstawowy cel. Towarzystwo zebrało się wokół niego znakomite: wraz z Gabrielem Jesusem, Philippem Coutinhem oraz Willianem tworzy Neymar ofensywną konstelację o zasięgu rażenia nieporównywalnym z niczym na świecie. Z czego wstępnymi przymiarkami zapoznawaliśmy się we wprawkach towarzyskich – nie wiadomo, jak ciężko ćwiczyła Brazylia, ale w niedzielę zobaczyliśmy, że ewidentnie ma swój własny, wyrobiony pogląd na ostatni sparing przed mundialem. Nie szukała wymówek, tylko zachwycała, aż do austriackich zawrotów głowy. Hiszpanie w przededniu inauguracji turnieju rozpętali wojnę domową: wyszło na jaw, że trener Julen Lopetegui zobowiązał się uciec w lipcu do Realu Madryt; uznano go za zdrajcę, został wylany. Obłęd, sceny adekwatne raczej dla obyczajów tzw. ekstraklasy. A może nawet nie, mimo wszystko trudno wyobrazić sobie, że Nawałkę podbiera Legia, PZPN nic nie wie, selekcjoner zostaje wykopany trzy dni przed Senegalem...

W każdym razie, kto uważa królewski klub za arogancki, dostał właśnie rozstrzygający argument, a prezes Florentino Pérez został mimowolnie bohaterem prologu opowieści o MŚ 2018. Czy to jednak odbiera Hiszpanom szanse? Oni podstawowy skład lepią niemal wyłącznie z ludzi, którzy są lub byli związani z Realem lub Barceloną, na boisku myślą i kopią w tej samej tonacji, rozmaite Ligi Mistrzów czy La Ligi wygrywali seriami, nie tylko dzięki istnieniu El Clásico przywykli do wielkich spektakli bardziej niż ktokolwiek inny na mundialu. Wystawiają na boisko tyle klejnotów, że najzwyczajniej – bo najsłabiej utytułowany – wygląda wśród nich David de Gea. Tyle że to akurat bramkarz numer jeden na planecie... Doprawdy, jeśli głupkowaty komunał o „drużynach samograjach, mogłaby je trenować teściowa prezesa” miewa kiedykolwiek uzasadnienie, to właśnie w tym przypadku. 4 Czy Islandię stać, by pożyć w globalnej kibicowskiej świadomości dłużej niż motyl? Na Euro najpierw robiła za sympatyczną ciekawostkę, bo jako najmniejsza nacja w historii znalazła się w czołowej „16” na kontynencie (przetrwała fazę grupową), a następnie narobiła kosmicznego rabanu, bo opędzlowała Anglię, czyli przepojonych pychą wynalazców futbolu. Miłe, dla rodaków piłkarzy niezapomniane, ale zdarza się małym drużynom dość regularnie – tacy Kostarykańczycy z poprzedniego mundialu wyjeżdżali niepokonani, w ćwierćfinale padli dopiero po serii rzutów karnych, rozbili w bank w nieoficjalnym konkursie na czołowego rozrabiakę turnieju.

Islandia wygląda poważniej, od tamtej pory nieustannie dorzuca powodów, by uwierzyć, że wykombinowała, jak z 330-tysięcznej populacji wycisnąć – dzięki rozumnej strategii – futbolowe maksimum. Tylko trzeba na nią patrzeć od początku turnieju, bo nawet utrzymując znakomitą dyspozycję, może nie przetrwać pierwszej rundy. Los wrzucił ją między Argentynę, Chorwację i Nigerię, czyli obsadę mocniejszą niż w jakiejkolwiek innej grupie. Nie przeprowadzałem badań, ale daję głowę: większość niezaangażowanych fanów wskaże ją jako drużynę drugiego wyboru. To już dzieje się we Włoszech, które wciąż rzężą po traumie eliminacyjnej klapy, mundialu bez swoich nie zaznały od 60 lat. Nie samą reprezentacją Polski kibic żyje, a mistrzostwa świata jak zwykle będą festiwalem porywających piłkarskich fabuł – z udziałem wielkich i maleńkich. Poniżej główne wątki. A także poboczne, też atrakcyjne MOSKWA 1 5 3 Rytualne recytowanie, że futbol jest grą zespołową, brzmi jałowo szczególnie teraz, gdy przypomina on miasteczko na Dzikim Zachodzie, na którego główną ulicę wyszli dwaj rewolwerowcy, pojedynkują się dzień w dzień, wszyscy patrzą tylko na nich. Strzelaninę wciąż cechuje jednak nierównowaga – o ile Messiego przystawia się do gigantów w skali historycznej, Maradony oraz Pelégo, o tyle Ronaldo porównuje się co najwyżej do rywala współczesnego, czyli właśnie Messiego. Bo Argentyńczyk operuje wszechstronniej i w każdej strefie boiska, pieści piłkę z większym wdziękiem, a przede wszystkim uwodzi lekkością boskiego pomazańca, tymczasem Portugalczyk arcymistrzostwo wykuł katorżniczą pracą, wycenianą niżej od wrodzonego talentu. Inaczej traktują obu geniuszy tylko rodacy – ci od Messiego wyrzucają mu, że ojczyźnie nie podarował żadnego trofeum, ci od Ronaldo pamiętają go udekorowanego złotem Euro 2016. Pojedynek więc trwa. Gdyby MŚ wygrał Argentyńczyk, zostałby nieodwołalnie piłkarzem wszech czasów. Gdyby wygrała Portugalia, jej lider rozwiałby resztkę wątpliwości, czy zasługuje na porównywalne hołdy. I przeorałby nasze myślenie o metrykach współczesnych piłkarzy – odkąd ukończył trzydziestkę, bierze wszystkie Złote Piłki, Ligi Mistrzów, turnieje reprezentacyjne.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.