85 minut w zamknięciu z policjantem

„Winni” Gustava Möllera to filmowy thriller, choć równie dobrze mógłby to być spektakl czy słuchowisko. Świetny scenariusz sprawia, że ten film jednego aktora działa jeszcze lepiej. Od jutra w kinach.

Gazeta Wyborcza - - KULTURA - JACEK SZCZERBA

Asger Holm (Jakob Cedergren) jest jednym z kopenhaskich policjantów odbierających zgłoszenia na telefon alarmowy 112. Dzwoni do niego kobieta. Mówi, że została porwana i ktoś wiezie ją białą furgonetką. Asger próbuje ratować uprowadzoną.

Nie opuszczając ani na moment policyjnej bazy, stopniowo dowiadujemy się więcej o porwaniu i o tym, na czym polega zawodowy problem Asgera. Był policjantem patrolowym i zdaje się, że coś przeskrobał. Nazajutrz jego partner z patrolu ma zeznawać w procesie, w którym Asger jest oskarżonym...

Dlaczego „Winni”, ktorzy zdobyli nagrodę publiczności Sundance oraz festiwalu w Rotterdamie, są kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny? Bo potrafią zaskoczyć. Mogę zdradzić tylko tyle, że scenariusz wykorzystuje formułę tzw. błędnego rozpoznania. To, co Asger i widzowie przyjmują za pewnik, wcale nim nie jest.

Wyobraź sobie coś strasznego

Druga zaleta „Winnych” to dobra obsada. Aktor w takiej produkcji musi mieć interesującą twarz, żebyśmy przez 85 minut chcieli na nią patrzeć. Bo on gra głównie twarzą – po „Winnych” nie sposób np. ocenić, czy Jakob Cedergren jest wysoki.

Drugi bohater filmu to współczesna technika. Widzimy, jak łatwo za pomocą sprzętu elektronicznego namierzyć telefon, z którego ktoś dzwoni, jak zdobyć wszelkie dane dzwoniącego, jak uruchamia się całą sieć policyjnej pomocy itd., itp. To rajcujące dla widza.

„Winni” są jednak thrillerem specyficznym. Nie oglądamy tu dramatycznych zdarzeń, tylko je słyszymy. To dźwięk działa na naszą wyobraźnię. Może wyobrażamy sobie coś straszniejszego niż to, co moglibyśmy zobaczyć? Reżyser stosuje prosty chwyt, by oddziaływanie dźwięku jeszcze wzmocnić: w pewnym momencie w filmie gasną prawie wszystkie światła, bo bohater zasuwa w pokoju żaluzje. Teraz nie dość, że ciągle jesteśmy we wnętrzu, to jeszcze panuje w nim mrok.

Potem reżyser wykonuje zabieg odwrotny: każe bohaterowi przejść do oświetlonego pokoju, między innych funkcjonariuszy. Dlaczego? Bo teraz ważniejszy od akcji ratunkowej staje się Asger – jego twarz i wyznanie, które słyszą pozostali. Zaiste, żonglowanie formalną stroną filmu jest w „Winnych” godne podziwu.

Walka o przetrwanie

Takich „fabuł na jednego aktora” jak „Winni” nakręcono już moc. Kochają je producenci, bo to przeważnie tanie realizacje. Najczęściej mieliśmy do czynienia z wariacjami na temat Robinsona Crusoe. Jedną z nich jest „Cast Away: Poza światem” (2000) Roberta Zemeckisa o pracowniku FedExu (Tom Hanks), który wskutek katastrofy lotniczej ląduje na bezludnej wyspie. Stara się przeżyć, znieść jakoś samotność, no i... dostarczyć przesyłki mu powierzone.

Inna formuła to samotny żeglarz, np. Robert Redford we „Wszystko stracone” (2013) J.C. Chandora. W burcie jachtu, którym płynął po Oceanie Indyjskim, po zderzeniu z kontenerem zrobiła się dziura. A tu nadciąga potężny sztorm...

Samotna, tyle że w kosmosie, jest grana przez Sandrę Bullock bohaterka „Grawitacji” (2013) Alfonsa Cuaróna. Próbuje wrócić z orbity po awarii. To była jednak wyjątkowo kosztowna samotność – na „Grawitację” wyłożono ponoć 100 mln dol.

Najskromniejsze filmy tego typu często wykorzystują telefon jako napęd narracji. Tak jest w „Locke’u” (2013) Stevena Knighta. Tytułowy bohater (Tom Hardy), jadąc nocą bmw z Birmingham do Londynu, przeprowadza 36 rozmów: z szefem, kolegą z pracy (Locke nadzoruje wylewanie fundamentów pod drapacz chmur), żoną, dziećmi i z osobą, do której zmierza. Kręcono to w ciągu sześciu nocy, trzema kamerami. Hardy czytał tekst z ukrytego małego ekranu. Monotonię kadrów ożywiają zmieniające się światła w miejscach, przez które przejeżdża samochód.

Halo, zaraz się zabiję

Za to w telewizyjnym „Human Voice” (1966) Teda Kotcheffa, opartym na sztuce Jeana Cocteau, Ingrid Bergman rozmawia przez telefon z dawnym kochankiem, który właśnie żeni się z inną. Próbuje go od tego odwieść, sugeruje, że popełni samobójstwo...

Bywa, że telefon oznacza pułapkę. W „Pomyłka, proszę się wyłączyć!” (1948) Anatole’a Litvaka przykuta do łóżka kobieta (Barbara Stanwyck) odkrywa, że ma zostać zamordowana. Może tylko bezskutecznie dzwonić po pomoc, a zabójca (Burt Lancaster) się zbliża... W polskim Teatrze Sensacji u Jerzego Gruzy (1964) sparaliżowaną kobietę zagrała świetnie Aleksandra Śląska.

Filmy na jednego aktora i telefon chorują zwykle na nadmiar dialogów. Uniknął tego „Człowiek, który śpi” (1974) Bernarda Queysanne’a, adaptacja powieści Georges’a Pereca. To historia 25-latka (Jacques Spiesser), który stopniowo izoluje się od społeczeństwa. Spaceruje, je, śpi, nie mówi nic. Słyszmy tylko narratorkę z offu słowami z powieści opisującą jego egzystencję.

Choć podobają mi się „Winni”, uznaję ich za ekstrawagancję, za coś, co rozmija się z istotą kina. W skupieniu się na jednym aktorze, nieświadomie je ośmieszając, najdalej posunął się chyba Andy Warhol w filmie „Sleep” (1964). Po prostu przez pięć godzin ciurkiem sfilmował śpiącego poetę Johna Giorna. Podobno Warhol, zawołany snob, początkowo chciał sfilmować śpiącą Bardotkę.

Jakob Cedergren jako policjant, który coś przeskrobał

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.