Jemen: miał być pokój, jest wojna na całego

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT - MARTA URZĘDOWSKA

Dwa razy więcej bomb, 150 ofiar w tydzień i walki tuż przy najważniejszym porcie w kraju – miesiąc przed rozmowami pokojowymi dowodzona przez Saudów koalicja chce zdobyć przewagę na polu walki.

Pacjenci i lekarze słyszą już bliskie odgłosy bomb i strzałów. Dojazd do jedynego szpitala w okolicy jest utrudniony – wylicza szefowa UNICEF Henrietta Fore. Eksperci z agendy ONZ pomagającej dzieciom martwią się, bo walki toczą się dziś niebezpiecznie blisko At-Tawry, jedynego szpitala z oddziałem dziecięcym w prowincji Hudajda. 59 dzieci, w tym 25 leżących na OIOM-ie, może w każdej chwili zginąć.

– At-Tawra nie może się znaleźć w centrum walk. W Hudajdzie i sąsiednich prowincjach mieszka prawie połowa z 400 tys. małych Jemeńczyków, którzy cierpią z powodu ostrego niedożywienia. Te w najcięższym stanie koniecznie muszą być hospitalizowane – przestrzega Fore.

Przed walkami w pobliżu szpitala ostrzega też Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Wezwał wszystkie walczące strony, by szanowały międzynarodowe prawo i nie wojowały w okolicach obiektów cywilnych.

Wojna domowa w Jemenie rozszalała się trzy lata temu. Gdy szyiccy rebelianci zajęli dużą część kraju i wypędzili sunnickiego prezydenta, Saudowie rzucili się na ratunek. Saudyjski następca tronu, książę Muhammad ibn Salman, skrzyknął arabską koalicję, która od 2015 r. bombarduje cele rebeliantów, zabijając tysiące cywilów, niszcząc szkoły, szpitale i rujnując kraj.

Według ONZ w Jemenie trwa najgorsza katastrofa humanitarna świata: brak jedzenia i leków, szerzą się choroby – już ponad 1 mln Jemeńczyków ucierpiało w epidemii cholery.

Eksperci z organizacji pomocowych najbardziej boją się o Hudajdę, miasto na południu w rękach rebeliantów. To tu leży najważniejszy jemeński port, którym do kraju dociera prawie cała żywność, w tym pomoc humanitarna.

Kiedy w okolicy dochodzi do starć, statki nie są rozładowywane albo to, co przywożą, nie może wyjechać z miasta i dotrzeć do najbiedniejszych w innych częściach kraju.

Saudowie i ich sojusznicy, tak jak rebelianci i ich sponsorzy w Teheranie, nic sobie nie robią z próśb obrońców praw człowieka. ONZ ostrzega, że – jeśli walki nie ustaną, a port w Hudajdzie zostanie zablokowany lub zniszczony – Jemeńczykom grozi największa klęska głodu od stu lat, na progu śmierci głodowej może stanąć nawet 14 mln mieszkańców.

Wszystko na nic. Odkąd tydzień temu ONZ i Amerykanie zarządzili, że do końca listopada rebelianci i rząd mają usiąść do rozmów, Saudowie i ich sojusznicy z podwójną zaciekłością rzucili się do walki. Wspierane przez nich armia i bojówki na usługach rządu atakują cele rebeliantów, chcąc wydrzeć im Hudajdę, zanim zaczną się rokowania. W ciągu ostatniego tygodnia w walkach zginęło już ponad 150 osób. Koalicja chce otoczyć miasto i zacząć oblężenie. To znaczy, że nie tylko rebelianci, ale też setki tysięcy mieszkańców zostanie odciętych od świata.

Armii udało się zająć południowe przedmieścia i lotnisko, centrum kontrolują rebelianci. I najwyraźniej zamierzają bronić miasta do końca – zaminowali całe dzielnice, na ulicach roi się od okopów, a bojownicy zajmują prywatne domy, a nawet szpitale.

Pracownicy Save the Children alarmują, że samoloty koalicji zbombardowały prowadzoną przez nich aptekę. Atak grozi też szpitalowi w dzielnicy 22 Maja, gdzie rebelianci rozmieścili na dachu snajperów. – Umieszczanie bojowników na terenie szpitala zaciera linie, które nigdy nie powinny zostać zatarte – oburza się Samah Hadid, który w Amnesty International odpowiada za Bliski Wschód. – To odrażający pomysł, który może się skończyć katastrofą dla pacjentów i lekarzy – dodaje.

Rebelianci nie od dziś wykorzystują obiekty cywilne. Rozmyślnie rozmieszczają bojowników i ukrywają broń przy budynkach mieszkalnych i szpitalach, licząc, że tym sposobem uchronią się przed bombami.

Nie tylko na Hudajdę od tygodnia bez przerwy spadają bomby. Bombardowana jest też stolica i górskie prowincje północne. Taka strategia, zamiast dać władzom lepszą pozycję negocjacyjną, może zepchnąć kraj głębiej w wojnę. – Eskalacja zbrojna nigdy nie sprzyja procesowi politycznemu – ostrzega w rozmowie z „New York Timesem” Martin Griffiths, wysłannik pokojowy ONZ do Jemenu.

Nie jest też jasne, czy do rozmów w ogóle dojdzie. We wrześniu obie strony miały się spotkać w Genewie, ale rebelianci na rozmowy nie dotarli. Tłumaczyli, że bali się wsiąść do samolotu, skoro przestrzeń powietrzną kontrolują siły koalicji. 1 RP

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.