MEDYCYNA NATURALNA. WIELKA MOC MAŁYCH DZIAŁAŃ

Gazeta Wyborcza - - NATURA - MARGIT KOSSOBUDZKA

Lekarze coraz częściej pytają o to, co jemy, jak się ruszamy, ile śpimy, jak radzimy sobie ze stresem, a nawet ile czasu spędzamy na zewnątrz. Tak właśnie wygląda dziś nowoczesne leczenie. Sama recepta na tabletki to za mało.

Dziesięć lat temu, pisząc o medycynie, zajmowałam się głównie opisywaniem nowych cząsteczek leków. W tej chwili piszę głównie o stylu życia, który może zapobiegać lub łagodzić przebieg choroby, jeśli już do niej dojdzie. Badaniem takich zależności zajmują się teraz uczeni na całym świecie. Profilaktyka i sposoby na zarządzanie organizmem z pomocą metod naturalnych to temat numer jeden. W uproszczeniu chodzi o zasadę, że jeśli chorujemy np. przez złe odżywianie, to zmiany w diecie mogą – choćby częściowo – przywrócić nam zdrowie.

Efekty takich naukowych badań publikują najważniejsze pisma medyczne i naukowe na świecie, jak „Nature”, „Science” czy „The Lancet”. Oczywiście nadal opisują nowości w medycynie konwencjonalnej. Powstają wciąż nowe leki, które ratują ludziom życie. Ogromny postęp dokonał się np. w onkologii. W dziesięciu najczęstszych rodzajach raka choroba ta staje się powoli schorzeniem przewlekłym. Pacjentów udaje się często utrzymać w dobrej kondycji – od jednej linii leczenia do drugiej przez wiele lat. Sporo osób udaje się wyleczyć całkowicie.

Ale skala publikacji dotyczących wpływu stylu życia na rozwój chorób przewlekłych sprawia, że konwencjonalna medycyna nie może leczyć nas już tylko tabletką. Lekarze coraz częściej pytają o to, co jemy, jak się ruszamy, ile śpimy, jak radzimy sobie ze stresem, a nawet ile czasu spędzamy na zewnątrz. To wszystko ma kluczowe znaczenie dla naszego zdrowia. Nie tylko w prewencji, ale właśnie w leczeniu!

Medycyna pod presją

Metody, które można szeroko nazwać medycyną naturalną, wracają do łask. Oczywiście te sprawdzone i niestojące w sprzeczności z medycyną konwencjonalną.

Od niedawna np. lekarze z Wysp Szetlandzkich zaczęli przepisywać tzw. zielone recepty, czyli kontakt z przyrodą na receptę. Oprócz leków zalecają pacjentom piesze wędrówki, obserwację ptaków i spacery po plaży wzdłuż Atlantyku. Promuje to oficjalna państwowa instytucja, którą jest szetlandzki NHS (odpowiednik naszego Narodowego Funduszu Zdrowia). Na razie mają prawo je przepisywać lekarze w dziesięciu gabinetach na tych pięknych szkockich wyspach. Taka terapia ma wesprzeć leczenie chorób psychicznych, cukrzycy, chorób serca, przewlekłego stresu i innych chorób przewlekłych.

A specjaliści od ochrony zdrowia w Wielkiej Brytanii przygotowali specjalne wytyczne dla pacjentów i lekarzy rodzinnych dotyczące postępowania w razie jesiennych infekcji. Na listę leków z pierwszego wyboru wpisali... miód i niektóre zioła. Powołano tam też ministra „od samotności”, widząc, jak odizolowanie ludzi od innych sieje spustoszenie w naszym zdrowiu.

Czy naukowcy udowadniają to, co medycyna ludowa mówiła od lat?

– Tak, choć trzeba pamiętać, że nie wszystko, co zalecała medycyna ludowa, zostało naukowo udowodnione i jest bezpieczne – mówi „Tylko Zdrowie” dr n. med. Andreas Michalsen, internista i kardiolog oraz profesor klinicznej medycyny naturalnej w berlińskim szpitalu Charité. Jest on autorem książki, która ukazała się właśnie na naszym rynku „Leczenie siłami natury. Co naprawdę pomaga”.

– Prawdą jest jednak, że potwierdziło się wiele z tego, co medycyna ludowa obserwowała przez tysiąclecia. To wiedza poparta badaniami naukowymi, także tymi na poziomie molekularnym. Wiemy, że jeżeli chodzi o takie choroby jak cukrzyca, zapalenie stawów, nadciśnienie tętnicze czy depresja, to metody naturalne są bardzo skuteczne, czasem nawet bardziej niż poszczególne leki – tłumaczy prof. Michalsen.

Nie da się ukryć, że jeśli chodzi o choroby przewlekłe, cywilizacyjne, medycyna konwencjonalna jest pod coraz większą presją. Skala otyłości, zaburzeń metabolicznych, depresji, chorób układu krążenia i wszelkich schorzeń o podłożu zapalnym osiągnęła poziom, z którym same tabletki sobie nie radzą. Wielu lekarzy to widzi i leczeniem pierwszego wyboru w przypadku np. nadciśnienia czy nadmiernego poziomu cholesterolu, a także m.in. wczesnej cukrzycy typu 2, jest u nich zmiana stylu życia. Dopiero, gdy pacjent sobie z tym nie radzi, wchodzą leki.

Żeby nie wrócić do szpitala

Niektórzy stoją na stanowisku, że choroby przewlekłe to cena, jaką płacimy za długowieczność. Człowiek nie jest zaprogramowany na tak długie życie. Po pewnym czasie psuje się w nim wszystko. Jak w starym samochodzie.

Inni twierdzą, że to wina zmian cywilizacyjnych. I że człowiek może żyć sto lat i więcej, bez chorób, o ile prowadzi higieniczny tryb życia. Na to, co dziś gnębi ludzkość, zapracowaliśmy sami. Stąd też rosnący trend powrotu do tego, co naturalne.

– Sytuacja jest faktycznie trudna dla medycyny konwencjonalnej, która przecież tak wiele osiągnęła. Jest niezastąpiona, jeżeli chodzi o reagowanie na przypadki ostre, jak zawały, udary czy wypadki. Natomiast w niektórych chorobach, na przykład związanych z przewlekłymi bólami czy z nadwagą, już niekoniecznie sobie radzi na dłuższą metę. Dlatego też wyłonił się wśród pacjentów ruch poszukujący innych rozwiązań – mówi prof. Michalsen.

I opowiada: – Z tym wiąże się moja osobista historia. Z wykształcenia jestem kardiologiem. I oczywiście bardzo się cieszyłem, kiedy w ostrych przypadkach mogłem zastosować cewnikowanie serca czy założyć pacjentowi stenty. Z tym że przez lata obserwowałem, jak ci sami pacjenci ciągle wracali do szpitala, jeżeli zabieg, to było jedyne, co otrzymali. Można za każdym razem stosować te same rozwiązania techniczne, ale co dalej? Wielu moich współpracowników lekarzy czasem dziwnie na mnie patrzyło, kiedy sugerowałem, że może lepiej zmienić u pacjenta dietę na wegańską, zalecić mu uprawianie jogi, włączyć hydroterapię i tak dalej. Tymczasem okazało się, że w przypadku przewlekłych chorób krążenia to jest dobre rozwiązanie, które pozwala uniknąć regularnych powrotów do szpitala.

Prof. Michalsen zdecydował się zebrać i opisać wnioski ze swojej wieloletniej praktyki lekarskiej, ale też światowych badań naukowych, które dowodzą skuteczności i bezpieczeństwa metod naturalnych, które sam nazywa nowoczesną medycyną naturalną. Są to m.in. leczenie jedzeniem, hydroterapia, aktywność fizyczna, joga, medytacja, fitoterapia, akupunktura, ale też metody z mojego punktu widzenia bardziej kontrowersyjne, jak ajurweda, stawianie baniek czy budzące zdziwienie stosowanie pijawek lub upuszczanie krwi.

Spytałam prof. Michalsena, czy może mi polecić w Polsce lekarza, który mi upuści krew, liczyłam na to, że mi nie odpowie. Tymczasem on spytał, gdzie jest najbliższa stacja krwiodawstwa...

– Oddawanie krwi jest dziś tym dla organizmu, czym dawniej było jej upuszczanie. Ja zresztą nie mówię, że ludzie mają z tego obowiązkowo korzystać, opisuję tylko, że w świetle nauki nawet ta metoda miała swoje naukowe podłoże – wyjaśnia.

Razem, a nie osobno

Problem w tym, czy zachodnie społeczeństwa, tak silnie polegające na magicznej tabletce, w tym społeczeństwo polskie, są przygotowane na taką wiedzę. Ludzie mogą z tego wziąć nie to, co trzeba, czyli na przykład stosować zioła na raka czy zimne okłady na cukrzycę lub upuszczać krew w depresji! Trudno się wyzbyć obaw, czy będziemy umieli wybrać z worka, jakim jest medycyna naturalna, to, co ma sens i jest bezpieczne, oraz odróżnić to od szamańskich praktyk. Jakże często tragicznych w skutkach! Z tego też powodu wielu lekarzy trzyma się od wszelkich metod naturalnych z daleka.

– To był powód, dla którego zdecydowałem się napisać tę książkę. Zawiera ona jedynie sprawdzone naukowo i potwierdzone licznymi badaniami metody. Żadnego szamaństwa. Przecież jestem lekarzem! Mówimy o metodach opisywanych przez renomowane pisma medyczne, a nie o czymś wyssanym z palca, niepopartym nauką. Niestety, mamy dziś ten problem z medycyną naturalną, że lekarze uprawiający medycynę konwencjonalną boją się jej, więc nie mają o niej pojęcia. To powoduje, że zamiast nich przemawiają na ten temat pseudoeksperci czy wręcz szarlatani. Mocno podkreślam – należy zawsze decydować się na kombinacje obu medycyn. Tej konwencjonalnej i naturalnej. Dlatego denerwuje mnie określenie „medycyna alternatywna”. Tu nie ma alternatywy – jest współpraca. Odrzucenie medycyny konwencjonalnej jest głupotą. Od osoby, która twierdzi, że poważne choroby jest w stanie wyleczyć wyłącznie medycyną naturalną, lepiej trzymać się z daleka – mówi niemiecki kardiolog.

Sposób leczenia korzystający z naturalnych metody o udokumentowanym działaniu jest określany medycyną funkcjonalną albo komplementarną. Zgadzam się, że jedzenie to lekarstwo, ruch i joga mają ogromną siłę leczenia, medytacja pozwala się wyciszyć i obniżyć stres, a akupunktura jest skuteczna w leczeniu m.in. bólu.

Ale ajurweda i głodówki? Brzmi to niepokojąco. – Jeśli chodzi o ajurwedę, to potrzebujemy jeszcze wielu badań naukowych, by w pełni potwierdzić lub odrzucić zasadność stosowanych w niej metod. Jednak część pracy badawczej została już wykonana. Dla przykładu, w zeszłym roku prowadziliśmy takie badania dla rządu Indii. Dotyczyły one oceny skuteczności ajurwedy w leczeniu zwyrodnienia stawów i reumatoidalnego zapalenia stawów. Okazało się, że stosowane w ajurwedzie ruch, joga, ma-

saże, zastosowanie zimna i ciepła są bardzo skuteczne w leczeniu tych schorzeń. Podkreślam, nie rezygnując z tego, co ma do zaproponowania medycyna konwencjonalna – mówi prof. Michalsen.

Broni też głodówek, które ja z kolei tępię. – Dochodzi tu do nieporozumienia. Pisząc o głodówkach, nie mam na myśli odchudzania się w ten sposób, ale raczej leczniczy post. Kiedyś ludzie znacznie częściej niż dziś pościli i badania wskazują na to, że było to do dla nich odżywcze, a nie wyniszczające. Człowiek jest przystosowany do przetrwania krótkich okresów głodu. Do nadmiaru jedzenia nie jesteśmy przygotowani! Oczywiście jeżeli ktoś się źle odżywia, ale potem przechodzi na tydzień na głodówkę i znów wraca do dawnego stylu jedzenia, to jest to prosta droga do efektu jo-jo i ostatecznie rozregulowania całego organizmu – tłumaczy autor książki.

W tym tygodniu leci do Los Angeles, gdzie będzie się odbywał kongres specjalistów zajmujących się m.in. leczniczymi głodówkami. I – jak twierdzi – nie spotykają się tam szarlatani, tylko np. prof. Valter Longo, szef Instytutu Długowieczności na USC Leonard Davis School of Gerontology, czy prof. Mason z Narodowych Instytutów Zdrowia w USA. Ich badania potwierdzają, że głodówki stosowane w regularnych odstępach [tzw. intermittet fasting] są bardzo skuteczne, jeżeli chodzi o profilaktykę chorób przewlekłych. Przedłużają też życie, a wyniki badań nad leczniczymi głodówkami w nadciśnieniu tętniczym i cukrzycy zostały opublikowane w czasopismach takich jak „Science” i „Nature”.

Oczywiście, pod warunkiem że są one przeprowadzane we właściwy sposób i pod kontrolą lekarza. – Najważniejsze jest pobudzenie autofagii, czyli zdolności komórek do tego, żeby pozbywać się starych czy też uszkodzonych białek. Są one zjadane przez wyspecjalizowane komórki. Taki proces samooczyszczania się komórek może efektywnie zachodzić dopiero wtedy, gdy przez dłuższy czas organizm nie musi trawić, czyli jeśli co najmniej 12 godzin nie dostarczamy mu pożywienia. Można to łatwo zrobić, na przykład przedłużając post nocny z 8 godzin do 12-16. Druga sprawa faktycznie wiąże się z właściwościami przeciwzapalnymi. Głodówki są skuteczne w obniżaniu i stabilizowaniu poziomu insuliny i innych hormonów – wyjaśnia prof. Michalsen.

To są jednak metody już zdecydowanie do stosowania pod kontrolą znającego się dobrze na tym lekarza. A czy można polecić takie, które są dla każdego? Nie zaszkodzą nam i nie wymagają konsultacji?

– Są w książce trzy, a właściwie cztery metody, które można spokojnie stosować na własną rękę. Po pierwsze, większy kontakt z przyrodą, spacery w lesie i więcej ruchu na powietrzu. Do tego nie trzeba lekarza. Jeżeli chodzi o odżywianie, to nie musi być ono skomplikowane. Wystarczy kłaść na talerz więcej roślin niż mięsa, choć oczywiście warto skonsultować się z dietetykiem, który doradzi nam więcej. Można też skorzystać z dobrodziejstw hydroterapii – zimnych i ciepłych pryszniców, sauny. No i wreszcie ten czwarty obszar obejmujący stres – medytacja, joga – wylicza lekarz.

Powszechnie wiadomo, że jeżeli pacjent bierze aktywny udział w swoim procesie leczenia, to ten proces postępuje lepiej i jest bardziej skuteczny. Biorąc tylko tabletki, bez zastanawiania się nad tym, jak żyjemy, zdejmujemy z siebie całkowicie odpowiedzialność za swoje zdrowie.

– Dużą wartością medycyny naturalnej jest to, że ona bardzo podkreśla i zachęca pacjentów do zadbania o siebie, a nie pozostawania biernym, i bezrefleksyjnego oddawania się w ręce ortopedów czy kardiologów. Oni zrobią, co mogą, ale czasem to za mało – mówi prof. Michalsen.

Za dużo, za długo

Medycyna naturalna ma jednak, jak każda interwencja, swoje działania niepożądane. Błędem jest przekonanie, że jak coś nie jest tabletką, tylko ziołem lub skomplikowanym układem w jodze, to już nam nie zaszkodzi. Masażysta, w którego ręce się oddajemy, zioła z niewiadomego pochodzenia, które poleciła nam przyjaciółka, lub nieprzygotowana aktywność fizyczna mogą zrobić więcej złego niż dobrego.

– Oczywiście, że działania niepożądane w medycynie naturalnej też występują. Dlatego też w tych wymienionych przeze mnie jako całkowicie bezpieczne nie ma np. fitoterapii. Tu naprawdę potrzeba eksperta. Niestety, lekarze konwencjonalni nie mają na ten temat wystarczających informacji. Pacjent zresztą musi poinformować lekarza o tym, co ziołowego bierze, czy może to wchodzić w interakcję z lekami! – przypomina prof. Michalsen.

Jak bumerang wraca kwestia braku czasu, życia w pośpiechu. To dlatego tak często zdajemy się na tabletki zamiast zmian.

Jak mówi Niemiec, w przypadku wielu powszechnych dolegliwości zawsze trzeba wyważyć, na ile istotny jest czas. Podaje przykład zapalenia błony śluzowej żołądka czy refluksu żołądkowo-przełykowego. Oczywiście istnieją leki, które można podać pacjentowi, by mu pomóc. To najczęściej m.in. inhibitory pompy protonowej, które obniżają poziom kwasu solnego. Problem jest rozwiązywany w krótkim czasie. Tutaj medycyna naturalna nie ma odpowiednika działającego tak samo szybko. Zalecałaby np. kleik z siemienia lnianego. Ale dobrze sprawdziłaby się jako kontynuacja terapii. Tymczasem najczęściej dzieje się tak, że pacjent nie ma cierpliwości i czasu na przygotowywanie sobie jakichś kleików, bierze dalej inhibitory, które na dokładkę są bez recepty.

Bierze je nawet wtedy, gdy ustały ostre objawy, profilaktycznie, czasem przez cały rok. A są już badania, które pokazują, że leki te negatywnie wpływają choćby na naszą f lorę bakteryjną jelit. Medycyna naturalna może nie działa szybko, ale w tym wypadku nie ma skutków ubocznych lub są one znacznie łagodniejsze.

– Na pewno mamy większe szanse, jeśli połączymy siły obu medycyn. Na szczęście nauka to widzi i bada wszystkie opcje. Potrzebne nam są wszelkie siły. Odrzucanie wiedzy pokoleń też jest głupotą, tak samo jak rezygnacja ze zdobyczy nowoczesnej medycyny – podsumowuje specjalista od medycyny naturalnej.

Tradycja stawiania baniek sięga antycznej medycyny. Główną zasadą działania szklanych baniek jest podciśnienie powstające w wyniku schłodzenia albo odpompowania zawartego w nich powietrza (na przykład gumową gruszką). Podciśnienie podnosi wierzchnią warstwę skóry ponad głębiej położne warstwy, co wzmacnia lokalnie ukrwienie i pobudza przepływ limfy. Ostatnie badania pokazują, że ta metoda może być skuteczna w niektórych schorzeniach, np. w leczeniu zespołu cieśni nadgarstka. Metoda popularna jest m.in. wśród sportowców

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.