TURNAU W ALBIONIE: ŁENI, ŁIDI, ŁIKI!

– Znajomi mówili, żebym dał sobie spokój z nagrywaniem „Imagine”, bo to banał. Ale to była pierwsza piosenka, której nauczyłem się w szkole w Bedford, tuż po śmierci Johna Lennona. Tam zacząłem śpiewać.

Gazeta Wyborcza - - KULTURA - ROZMOWA Z GRZEGORZEM TURNAUEM piosenkarzem

JAREK SZUBRYCHT: Jak trafiłeś do Bedford w Anglii?

GRZEGORZ TURNAU: Mój ojciec zajmował się dydaktyką matematyki, miał kolegów z całego świata, spotykali się na kongresach i konferencjach. Jednym z nich był profesor Bishop, który załatwił mu w Anglii pracę, by ojciec mógł trochę podreperować rodzinny budżet. Ojciec dostał posadę nauczyciela matematyki w szkole średniej w Bedford, co pozwoliło mu na luksus zabrania z sobą jednego z synów. Było nas trzech i padło na średniego. Chodziłem wtedy do szkoły muzycznej i miałem przed sobą perspektywę dyplomu na fortepianie, która mnie przerażała. Poczułem się więc, jakby dentysta odwołał moją wizytę! Na miejscu okazało się jednak, że to przeszczepienie było bolesne. W wieku 13 lat człowiek już jest jednak zakorzeniony, ma przyjaźnie, swoje miejsca, a brakuje mu jeszcze stabilności psychicznej, która pozwala racjonalizować zmiany. Ciężko przeżyłem twarde lądowanie na angielskiej ziemi.

Długo trwała twoja aklimatyzacja?

– Nie. Na szczęście po dwóch, trzech tygodniach zacząłem się w miarę swobodnie poruszać i w języku, i w nowej szkole. A była to szkoła z XVI-wiecznymi tradycjami, bardzo poważna sprawa, nawet kary cielesne mieli w regulaminie. Wyglądała jak miniatura Cambridge.

Co takiego wydarzyło się w Bedford School, że nazwałeś jej imieniem swoją nową płytę?

– Tam zacząłem śpiewać. W swojej krakowskiej szkole byłem nawet zwolniony z chóru, bo profesor Ciuraba twierdził, że do niczego się nie nadaję. Tymczasem w Bedford był oddział muzyczny, stały pianina i usiadłem do jednego z nich, chyba w poczuciu wyobcowania i oszołomienia. Wtedy poznałem to mrożące krew w żyłach angielskie słowo: bewilderment. Rozgryzałem funkcje harmoniczne do tego, co słyszałem w radiu, i zacząłem rozumieć, że to, co grałem na fortepianie w szkole muzycznej, to też są akordy. Nie winogrona nut, które musieliśmy pochłaniać i odtwarzać, bez świadomości do czego służą. Tak zaczęło się moje śpiewanie – od angielskich piosenek. To znamienne, że muzykę zacząłeś rozumieć i doceniać dopiero po opuszczeniu szkoły muzycznej.

– Za moich czasów uczyło się w sposób, który skutecznie oddzielał przyjemność płynącą z muzykowania od obowiązkowego osiągania kolejnych etapów wykształcenia muzycznego. W szkole muzycznej musisz uczestniczyć w wyścigu. Jeśli się czegoś dzisiaj nie nauczysz, jutro ktoś cię przegoni. Atmosfera tej rywalizacji całkowicie mnie rozmontowywała, jak mówi Adaś Miauczyński w „7 uczuciach” Marka Koterskiego.

Kiedy opuszczałem szkołę muzyczną, nienawidziłem muzyki i mówiłem sobie, że nigdy więcej nie usiądę do fortepianu. Tymczasem w Anglii musiałem grać w rugby, uczyć się łaciny po angielsku – co jest ciekawym doświadczeniem, bo oni mówią „łeni, łidi, łiki” – i robić wiele innych rzeczy, które były dla mnie dziwne i obce, więc udałem się do starego kumpla – fortepianu, żeby w czarno-białej klawiaturze odnaleźć znajomy świat. Okazało się, że byłem już zaszczepiony muzyką, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Uświadomiłem sobie, że jednak chcę grać, ale nie tak, jak w szkole, i nie to, czego mnie tam uczono. Sam postanowiłem odkryć, o co mi chodzi w tym graniu.

Ty nie tylko zmieniłeś szkołę, otoczenie, nawet kraj. Zmieniłeś też cywilizację, bo mówimy o świecie sprzed globalizacji, o czasie, kiedy różnice kulturowe pomiędzy Anglią a Polską były ogromne.

– Wyjazd do Anglii był w 1980 r. wyprawą na inną planetę. W Polsce mieliśmy czas pierwszej „Solidarności”. Totalna bieda, rozpadająca się gospodarka, zaczynają się kartki, ale też wielki entuzjazm, bo wyraźnie coś się dzieje, fala ruszyła. A tam wszystko inne – zapachy, kolory i obrazy. Musieliśmy chodzić w garniturach, krawatach, czarnych butach, co było dla nas nobilitujące. W dodatku była to szkoła męska i ten brak koedukacji naprawdę działał. Nie ma koleżanek, więc nie ma naturalnej atmosfery f lirtu.

Jak zostałeś przyjęty w Bedford School?

– Chyba byłem dla nich dwugłowym cielęciem, ale nie doświadczyłem złego traktowania. Obowiązywał system dzielenia klas na cztery poziomy. Z marszu trafiłem do najgorszej grupy, bo nie wiedzieli, czego się spodziewać. Zresztą mój angielski kulał, mimo prywatnych lekcji, na które przez dwa lata chodziłem w Krakowie. Znalazłem się w bardzo malowniczym towarzystwie łobuzów i matołów, wołali na mnie „Polish twit” [polski dureń]. Ale po pierwszym trymestrze zostałem przeniesiony do najwyższej grupy. Kiedy już przemówiłem ludzkim głosem, okazało się, że po siedmiu latach krakowskiej podstawówki wcale nie jestem taki zielony. Nieźle radziłem sobie z matematyką czy fizyką, miło wspominam udział w dorocznym konkursie na wystąpienie publiczne. Każdy uczeń musiał przygotować speech na dowolny temat i przedstawić go przed dużym audytorium. Ja zaprezentowałem „pejzaż horyzontalny” krajów socjalistycznych. Musiało to być okropnie naiwne, ale wszyscy pękali ze śmiechu – i wtedy po raz pierwszy zaświtało mi w głowie, że może kiedyś będę mógł występować przed ludźmi. Skoro ta zimna angielska szkoła mnie nie odrzuciła, może właśnie coś takiego jest mi pisane?

Wróciłeś do Krakowa po roku, w czerwcu 1981 r. Z żalem żegnałeś Bedford?

– Nie, bo bardzo tęskniłem. Rodzice z młodszym bratem zostali jeszcze chwilę za granicą, a ja zamieszkałem ze starszym bratem i dyscyplinę Bedford mogłem odreagować swobodą, paleniem papierosów i słuchaniem wspaniałej wówczas Trójki. Po wakacjach poszedłem do V LO, gdzie trafiłem do szkolnego teatru. Przyznałem się, że gram na pianinie i – zamiast aktorem – zostałem kierownikiem muzycznym.

Na „Bedford School” partneruje ci olsztyński zespół Shannon, który zajmuje się muzyką celtycką. Jak doszło do waszej współpracy?

– Poznaliśmy się dzięki teatrowi. Zaczęło się od tego, że Jarosław Kilian robił w Teatrze Polskim w Warszawie „Podróże Guliwera” i zaproponował mi napisanie muzyki. Współpracujemy od prawie 20 lat i Jarek często sugeruje mi, w którą stronę powinienem spojrzeć. Tym razem zaproponował: „Zrób to tak, żeby było trochę irlandzkie, żeby pachniało morzem, żeby miało słony smak”. Zacząłem kombinować. Jako pierwsi przyszli mi do głowy przyjaciele z Krakowa grający muzykę o klezmerskiej proweniencji, ale zdecydowanie ekumenicznym rozmachu, czyli zespół Kroke. Podzieliłem się tą myślą z Jackiem Królikiem [gitarzysta, członek zespołu Turnaua], a on na to: „Super, ale mam lepszy pomysł: zadzwoń do Shannon, oni są bliżej morza”. Najpierw posłuchałem, później zadzwoniłem i pojechałem do nich do Olsztyna. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

Maria Rumińska, wokalistka Shannon, odgrywa na tej płycie ważną rolę.

– Wiedziałem, że chcę mieć partnerkę wokalną. Mimo dozgonnej przyjaźni oraz wielu wspólnych przedsięwzięć z Dorotą Miśkiewicz poczułem, że tym razem trzeba zmienić brzmienie, że powinienem otworzyć się na osobowość i barwę głosu innej wokalistki. Marysia jest od zawsze otoczona muzyką – jej ojciec to Zbigniew Namysłowski, jej brat Jacek jest świetnym puzonistą. Nie musiałem jej niczego tłumaczyć, sama zaproponowała aranżacje swoich linii wokalnych i brawurowo je zaśpiewała. Od wielu bliskich osób słyszę, że dużą wartością tej płyty jest zgodność naszych głosów. Nie znaliśmy się wcześniej zbyt długo, ale rzeczywiście udało nam się chyba osiągnąć symbiozę w tym wspólnym śpiewaniu.

Zastanawia mnie nadreprezentacja piosenek Billy’ego Joela w tym zestawieniu.

– Widzę w nim piekielnie zdolnego faceta, nieobarczonego mistyką i świadomego własnego warsztatu.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.