JUŻ NIKT MNIE NIE POWSTRZYMA PRZED MÓWIENIEM

Są szpitale, gdzie odklejano serduszka z podarowanego przez Orkiestrę sprzętu. I nikt się nie sprzeciwił

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA -

JERZY OWSIAK, SZEF WOŚP: Nigdy nie myślałem, że będę się tak bardzo przejmować Polską i tym, co z nami będzie.

ANITA KARWOWSKA: Przed chwilą twoja żona powiedziała: „Jestem ciekawa, co dziś Jurek powie o Polsce”.

JERZY OWSIAK: Kilka tygodni temu byłem w większym dole niż teraz. Bałem się o wynik wyborów. Zastanawialiśmy się w fundacji nad planem awaryjnym – gdzie zorganizujemy finał, gdyby popierany przez PiS nowy prezydent Warszawy nie wpuścił nas na plac Defilad. Myśleliśmy o zrobieniu finału w siedzibie fundacji [to średniej wielkości bliźniak na warszawskim Służewie] i transmisji w internecie.

Trudno mi o tym nie mówić, chociaż wciąż słyszę: „Nie pchaj się do kamer z politycznymi dialogami, zajmij się lepiej fundacją”. A przecież samo zbieranie pieniędzy to już jest polityka, bo to pieniądze, żeby załatać coś, co nie styka w państwie.

Byłem na głosowaniu i zachęcałem do tego innych. Okazało się, że inni też poczuli, jak ważne to były wybory. 21 października 2018 r. poczułem cząstkę atmosfery z wyborów 4 czerwca 1989 r. Ludzie uśmiechali się jak wtedy, politykowali, wiedzieli, po co przyszli.

I dziś jest dobry poniedziałek [rozmawiamy 5 listopada]. Złota polska jesień, najpiękniejsza w moim życiu, kończy się dobrze. Utrzymaliśmy plac Defilad. Możemy też grać w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie i wielu innych miastach. Czuję się wolny i zamierzam z tej wolności korzystać. Tak definiuję dziś swoją wolność, wypowiadam się w ważnych dla mnie tematach.

Ale czasem czuję się niewolny. Czyli?

– Są dni, gdy deprecha w głowie szczególnie daje znać o sobie. Męczy mnie agresja w życiu publicznym. Słowa o gorszym sorcie – i jeszcze bardziej obraźliwe – dotykają mnie osobiście. W powyborczych dyskusjach polityków słyszę, jak obrażani są wyborcy, którzy zagłosowali nie po myśli władzy. Że to zmanipulowani lewacy, a najpewniej się najarali. Zawsze ktoś próbuje mnie wrzucić do jakiegoś wora ze złem. Jestem tym zmęczony.

A jeszcze rok temu podkreślałeś: „Mnie nikt nie przeszkadza, robię swoje”.

– Moja codzienność toczy się według tego samego rytmu co wtedy, wyznaczanego przez pracę i dom. Ale wokół dzieje się za dużo, żebym milczał. Już nikt mnie nie powstrzyma, żeby mówić. Wiem, że znów wyleje się na mnie hejt – jak na mojego ojca za to, że był milicjantem, o czym opowiedziałem w wywiadach 25 lat temu. Gdy stałem się osobą publiczną, wiedziałem, że sprawę biografii ojca muszę postawić jasno.

Mamy rozmawiać o mojej Polsce kiedyś i dziś, więc ujmę to tak: jakie to były słodkie, spokojne lata 20-15 lat temu. Każdy dzień w miarę przewidywalny. Co ja mówię, tak było jeszcze pięć lat temu!

Dziś wisi nad nami znak zapytania o obecność w Unii Europejskiej. Zastanawiamy się, czy PiS ma zamiar nas z niej wyprowadzić. Wyobrażasz sobie takie rozważania kilka lat temu?

Dla mnie, faceta, który wchodzi w siódmą dekadę życia, pewne porównania są nieuniknione. W języku władzy, jej propagandzie i decyzjach dotyczących wymiaru sprawiedliwości oraz próbach narzucania nam światopoglądu zmierzamy w stronę PRL.

Dostałem na urodziny od fundacji archiwalny „Przekrój”. Roczniki ’68 i ’69. Moc uruchomionych wspomnień i wzruszeń. Ale też skojarzeń z obecną sytuacją. Są tam teksty, które

można napisać i dziś, wstawiając tylko inne nazwy. Jest np. piękna relacja ze zjazdu partii. Naród czyta i już wie, za co ma być władzy wdzięczny.

Nie mówię teraz o tym dlatego, że zachciało mi się nagle uprawiać politykę. Moim kapitałem jest to, co robię, i nie chciałbym robić niczego innego. W polityce nic mnie nie nęci. Polityka daje władzę.

– Przyjaciółka Orkiestry przesłała mi zdjęcie mojego wywiadu z „Gazety Lubuskiej” sprzed lat. Tytuł: „Wiem, że mam władzę”. Złapałem się za głowę. Należało powiedzieć: wiem, że mamy władzę, bo mnóstwo ludzi jest z Orkiestrą. I do niedawna nie miałem co do tego wątpliwości.

Dziś nie jestem pewien. Bo nie wiem, czy PiS nagle nie wyskoczy z jakimś pomysłem i stracimy zgodę na to, aby grać. Już były przecież próby zmian ustawy o fundacjach. Coraz trudniej nam organizować festiwal, bo policja bezzasadnie kwalifikuje go jako imprezę o podwyższonym ryzyku. Czuję, że możemy przepaść w okamgnieniu. Co to znaczy?

– Boję się, że gdyby zakazano WOŚP działalności, to sprzeciw wobec tego i pamięć o nas nie byłyby zbyt mocne. W Polsce pamięć o ważnych wydarzeniach łatwo przemija.

Wielu Polaków akceptuje pisanie historii na nowo, wyrzucanie z niej czołowych postaci. Łatwo przyjmują, że człowiekiem wolności w 1980 r. był któryś z braci Kaczyńskich, nie Wałęsa.

Na naszych oczach zostało złamanych już tyle zasad – prawa, standardów życia publicznego, parlamentaryzmu. I nic. Cieszy mnie przebudzenie w wyborach samorządowych, ale nadal 45 proc. Polaków nie poszło zagłosować. Są obojętni w takich okolicznościach!

Może więc i mnie wygumkują? Są szpitale, gdzie odklejano serduszka z podarowanego przez Orkiestrę sprzętu, bo przeszkadzały w kadrze ekipie TVP. I nikt się nie sprzeciwił.

Opuściły nas wszystkie instytucje państwowe. Straciliśmy znaczki pocztowe drukowane na finał, wsparcie straży pożarnej podczas naszych imprez, wojsko wycofało iskry, które uświetniały festiwal. Kiedyś co roku MSZ prosiło nas o zdjęcie z finału WOŚP, bo fajnie było się nami chwalić. Dziś nie wolno o nas wspomnieć. Jak będziesz obchodzić 100 lat niepodległości?

– Raz na sto lat warto zauważyć ludzi i organizacje, które ukształtowały dzisiejszą Polskę. WOŚP – i kilka fundacji z podobnym dorobkiem – współtworzyły zasady funkcjonowania organizacji pozarządowych. Orkiestra inspirowała ludzi, by chcieli się dzielić tym, co mają. Z szyderstwem zarzucano nam, że finały to miłosierdzie w świetle ref lektorów. A właśnie to przynosi efekt, bo ludzie potrzebują fiesty.

Pokazaliśmy Polakom, że aktywność społeczna dodaje życiu sensu, wolontariuszami w czasie finałów są kolejne roczniki. WOŚP jednoczy.

Stulecie niepodległości zapowiada się przygnębiająco, muszę zrobić wszystko, by był to miły dzień dla mnie i moich najbliższych. Wymyśliliśmy z Dzidzią, że wydamy uroczysty obiad. Chciałbym, by takie spotkania odbyły się w wielu rodzinach. Skoro nie umiemy być już razem jako naród, spotkajmy się w mniejszym gronie.

Telewizora nie włączę. Nie chcę oglądać w Święto Niepodległości marszu ludzi w ko-

W tym roku finał WOŚP wypada dokładnie w dziewiąte urodziny mojej córki Marty. Będziemy wspierać Orkiestrę co roku, do końca świata i jeden dzień dłużej!

Maja Gronowska („Wyborcza”, 10 stycznia 2018 r.)

Przyszedłem na świat jako 30-tygodniowy wcześniak w szpitalu przy ul. Karowej w Warszawie. Dzięki sprzętowi zakupionemu przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy żyję. Chciałbym bardzo podziękować Jurkowi Owsiakowi za to, co robi.

Kacper, lat 16 („Wyborcza”, 10 stycznia 2018 r.)

Ten rok jest dla mnie szczególny - zaczęłam pracę w szpitalnej szkole i codziennie widzę, jak sprzęt orkiestrowy ratuje życie moim cudownym, ciężko chorym uczniom. Wszystkim wspierającym WOŚP bardzo dziękuję i trzymajmy się razem do końca świata i jeden dzień dłużej! Amelka Walotek („Wyborcza” , 12 stycznia 2018 r.)

miniarkach i faszyzujących haseł, z którymi nie umie sobie dać rady prokurator.

Na stulecie tak zagmatwaliśmy spiralę naszych dziejów, że może być trudno z tego wyjść. W książce „Obgadywanie świata” wspominasz lato 1980 r. Pracowałeś w hotelu w Berlinie, dobrze zarabiałeś. Rzuciłeś pracę z dnia na dzień i pognałeś do Polski, gdy w twoje ręce wpadł „Der Spiegel” z okładką ze strajków w Polsce. „Jeśli coś chciałbym ze swoich podróży powtórzyć, to chyba ten jeden kurs Berlin – Warszawa, z tyloma wyobrażeniami w młodej jeszcze wtedy głowie” – napisałeś. Na co wtedy liczyłeś?

– To była sytuacja z gatunku nie do wiary. Zdjęcie w gazecie było ze strajków w Świdniku, Gdańsk zaczął się potem. Za pieniądze ze sprzątania kupiłem forda fiestę, wpakowałem do niego niemieckie dobra typu chemia, płyty i żarcie, do śpiwora upchałem wszystkie gazety, w których znalazłem wzmiankę o Polsce. Pędziłem do domu na złamanie karku, po przekroczeniu granicy martwiłem się już tylko, czy kupię gdzieś paliwo, bo był z tym wtedy straszny kłopot.

Wynajmowaliśmy mieszkanie na Pradze. Wpadłem do domu, włączyłem telewizor i z wypiekami na twarzy oglądałem relacje z Wybrzeża. Byłem naładowany ogromnym optymizmem. Nie umiałem przewidzieć, co nas czeka, ale czułem, że będzie inaczej. Nie przychodziło mi do głowy, że na końcu tej drogi jest wolność, ale wierzyłem w zmianę. Nadal będzie komuna, bo co innego, ale może przynajmniej skończy się opresja, nie będzie pałowania przez ZOMO i tej beznadziei.

Cieszyliśmy się z „Solidarności” piekielnie. „Bura, okrutna, stłamszona, ale dumna” – tak opisywałeś Polskę końcówki lat 70., kiedy imałeś się różnych prac fizycznych i jeździłeś dużo po kraju.

– Na kolei można było w tamtych czasach dobrze zarobić przy transporcie koni. Zdecydowałem się na to raz. Droga zaczynała się w Łochowie, mieścinie pod Warszawą. Tam był załadunek, skąd pociąg jechał do Zebrzydowic i dalej, już z inną ekipą, do Włoch. Po wszystkim obiecałem sobie, że nigdy więcej. Jechaliśmy tydzień. Dałoby się w dwa dni, ale pociąg przepuszczał inne pociągi na wszystkich górkach rozrządowych, spędzaliśmy długie godziny, stojąc w polu. Wzdłuż torów bezmiar syfu, pomazanych bud, wszystko szare i brudne.

Kiedy więc pojawiła się „Solidarność”, byłem pełen nadziei, że musi się udać. I choć był stan wojenny, a po nim kolejne siedem lat tej okropnej bryndzy lat 80., to później przyszła zmiana.

Zawsze doceniałem, że w 1989 r. nie wzięliśmy się za łby. Kiedy w pierwszych latach transformacji wielu Polakom było ciężko, doświadczenie 1989 r. długo dodawało mi otuchy, wierzyłem, że wygrzebiemy się z największych tarapatów.

Ale nie przewidziałem, że na własne życzenie będziemy kiedyś chcieli wrócić do jedynowładztwa.

I kiedy, tak jak dziś, dopada mnie deprecha, buduję sobie świat na jutro, opierając się na tym, co piękne było wczoraj. Mówię sobie: „Jurek, bywało różnie, dawałeś radę, to dasz znowu. Trzeba to przeczekać, może do kogoś zadzwonić”. I w końcu jest lepiej. W twojej biografii jest wątek, w którym może się odnaleźć wielu Polaków – relacji, które rozpadły się po części przez różnice światopoglądowe. Byliście zgraną ekipą – ty, Wojciech Waglewski, Jan Pospieszalski i Michał Lorenc. I się rozpadło.

– Było więcej niż kilka przyjemnych lat, bez polaryzacji, płynęliśmy na fali wzajemnej sympatii, wspólnych fascynacji muzycznych i filmowych, podobnego poczucia humoru. Regularnie spotykaliśmy się na prywatkach. Wynajmowaliśmy przy ul. Anielewicza dwa małe pokoiki z kuchnią. Naszym gościom nigdy nie przeszkadzała ciasnota. Nikogo nie dziwiło, że w małym, typowym polskim mieszkaniu może się nagle spotkać kilkadziesiąt osób. To nic, że nie starczało naczyń, nie starczało niczego. I to była rzecz, która nas wszystkich jednoczyła, że nie mieliśmy wszyscy po równo.

Cieszyliśmy się z Dzidzią z najmniejszych rzeczy. Z zakupu adaptera, że zrobiliśmy półki na książki. O polityce nie rozmawialiśmy, zresztą o czym było rozmawiać w PRL-u. Mogliśmy pomarudzić, że otacza nas głupi kraj. Ale nigdy nie narzekaliśmy na własne życie.

To było na początku lat 90., Janek mocno się spóźniał na prywatkę w naszym mieszkaniu. Tego dnia w Warszawie była wielka demonstracja przeciwko prezydentowi Wałęsie. Janek też na nią poszedł. Kiedy w końcu do nas dotarł, opowiadał przejęty: „A na koniec przed Belwederem spaliliśmy jego kukłę”. Nami to wstrząsnęło. Nie byliśmy zwolennikami Wałęsy jako prezydenta. Ale dla naszych rockandrollowych dusz spalenie kukły było nie do zaakceptowania. I to wtedy nasze relacje z Jankiem się rozpadły. Później zastanawiałem się dlaczego. Dziś myślę, że to nieuchronne, musiałem nauczyć się rozróżniać, co jest przyjaźnią, co kumplostwem. Na 25-lecie wolnej Polski powiedziałeś, że to, co się nam w tym czasie najbardziej udało, to bary sushi – kolorowy symbol zmiany, naszej wyobraźni i przedsiębiorczości. Gdy czyta się to po latach, trudno uniknąć refleksji, że dobrze się działo, że można tak było o sushi, a nie uderzać w wysokie tony.

– Mówię o tym sushi niezmiennie jako o biznesie, który się udał Polakom. Ale ostatnie trzy lata narobiły takiego zamieszania w mojej głowie, że dziś na to pytanie odpowiedziałbym inaczej. Jak?

– Pogoda się nam pięknie udała w tym roku. Jakbyśmy zabrali słońce Hawajom. Zabrzmiało, jakby nic się nie udało.

– Skąd! Jesteśmy doskonale zorganizowani w biznesie, podoba mi się społeczeństwo obywatelskie na najniższym poziomie, gdzie ludzie organizują się w swoich dzielnicach, realizują abstrakcyjne pomysły. Słyszałaś, że w Szczecinie stanie pomnik „Szefa wszystkich szefów”? [chodzi o popularną w popkulturze postać z filmu „Poranek Kojota” z 2001 r.]. Jestem zachwycony tym, jak zmieniają się nasze miasta. Uwielbiam Bulwary Wiślane, a ostatnio najbardziej plac Europejski w Warszawie. Architektura tego miejsca jest fenomenalna, można by tam kręcić filmy, jakby działy się w Hongkongu. Czasem jeżdżę tam po nocy popatrzeć na dźwigi, bo wokół to jeszcze plac budowy. To moje dawne rejony, Towarową jeździłem z bratem do babci. Jak tam było brzydko! Kiedy wsiadaliśmy do tramwaju, mówiliśmy: „Trzy przystanki smutku na Towarowej i dalej już fajnie”.

Ale nie umiem się tym dziś cieszyć, bo odbieram nasz kraj w całości. Jestem zwierzęciem made in Poland.

Chwilą, kiedy uświadomiłem sobie, że naprawdę odpływamy, było głosowanie nad drugą kadencją Donalda Tuska w Radzie Europejskiej. Jeżeli kiedyś będziemy historycznie patrzeć na te lata, to 27 do 1 może się okazać punktem zwrotnym. Zostaliśmy wtedy sami. I albo powiemy kiedyś, że udało się nam zawrócić do normalnej jazdy, albo że to był ten moment, kiedy się wszystko sturlało, a nam zostanie powtórzyć za Wyspiańskim: „Miałeś, chamie, złoty róg”.

ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.