POLSKI TERMINATOR KONTRA WĘGIEL

– Chciałbym tak jak Terminator cofnąć się w czasie i zatrzymać zużycie paliw kopalnych – mówił w Katowicach Arnold Schwarzenegger

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - ALEKSANDER GURGUL DOMINIKA WANTUCH

TTrupy uwięzione w spalonych wrakach samochodów na autostradzie, upiorne zgliszcza budynków osnute zatrutym powietrzem, wypalona ziemia. „Trzy miliardy ludzkich żyć, które skończyły się 29 sierpnia 1997 r. Ci, którzy przetrwali nuklearny pożar, nazwali go Dniem Sądu. Przeżyli tylko po to, by zmierzyć się z nowym koszmarem: wojną z maszynami” – tymi słowami Sarah Connor zaczyna snuć opowieść o zagładzie ludzkości w drugiej części „Terminatora”. Bo tak właśnie na przełomie lat 80. i 90. w Hollywood wyobrażano sobie koniec świata.

Dziś już wiadomo, że apokalipsy nie zgotują nam roboty. Fundujemy ją sobie sami, codziennie – nawet w drodze do pracy albo na zakupach.

88 osób zginęło w ostatnich tygodniach w największym pożarze w historii Kalifornii. Koszmar zaczął się 8 listopada o 6 rano w hrabstwie Butte. Ogień szybko się rozprzestrzeniał na kolejne osiedla, głównie domów jednorodzinnych. Przez panującą od kilku miesięcy suszę strażacy długo nie mogli poradzić sobie z ogniem. W ciągu miesiąca spłonęło około 60 tys. hektarów lasów.

A ten potworny pożar, choć największy, był tylko jednym z 8 tys. pożarów, które w tym roku nawiedziły „złoty stan” Ameryki. Rok wcześniej w trzech pożarach w Kalifornii tylko w październiku zginęło 37 osób.

Ale pożary to zaledwie jeden ze skutków globalnego wzrostu temperatury. Topnieją górskie lodowce – w Andach, Himalajach i Alpach, w Nowej Zelandii i w Stanach Zjednoczonych. – W połowie XIX w. w Glacier National Park było blisko 150 lodowców. Dziś mamy ich 26. Wszystkie znikną do końca tego stulecia albo i wcześniej – oblicza dr Daniel B. Fagre ze Służby Geologicznej USA.

Najstraszliwszy tajfun w historii nawiedził wybrzeża Filipin w 2013 r. W ciągu kilku godzin życie straciło 10tys. ludzi. Od tego czasu tajfuny przechodziły przez Azję co najmniej kilkanaście razy.

To długotrwała susza wywołała wojnę w Syrii.

Polska? Huragan stulecia, który w zeszłym roku przeszedł przez Bory Tucholskie w nocy z 11 na 12 sierpnia, zniszczył od 80 do 120 tys. hektarów lasów. Pal licho lasy; tamtej nocy zginęły m.in. dwie harcerki.

A to dopiero początek. „Województwo łódzkie będzie zagrożone silnym pustynnieniem (…). Zagrożone suszą są oprócz łódzkiego obszary Kujaw, pojezierzy Dobrzyńskiego i Chełmińskiego. Równolegle z okresami susz krótkie, lecz ulewne deszcze mają doprowadzać do powodzi w dolinach Warty, Pilicy i Bzury, a także Wisły, Noteci i Drwęcy. Województwo małopolskie czekają masowe ruchy ziemi i osuwiska”.

To tylko fragmenty z raportu. Nie Greenpeace’u, WWF czy innych ekologów, podejrzanych w oczach prawicy wątpiącej w zmiany klimatu, ale Ministerstwa Środowiska.

Taki sam raport przygotowali naukowcy amerykańscy z 13 federalnych agencji. Wnioski: do końca stulecia amerykańskie PKB może się zmniejszyć nawet o 10 proc. Zapytany przez dziennikarzy, co myśli o raporcie, Donald Trump wzruszył ramionami: „Nie wierzę w to”.

„The Don” ma się za trzeźwego amerykańskiego twardziela. Ale na szczęście jest większy i trzeźwiejszy amerykański twardziel niż on.

„Grałem w wielu filmach science fiction i coś wam powiem. Zmiany klimatu to nie jest science fiction, ale wojna w prawdziwym świecie. To coś znacznie poważniejszego, niż pokazuje jakikolwiek film. Na nas spoczywa odpowiedzialność, by zostawić ten świat lepszym, niż go zastaliśmy” – mówił w 2015 r. na słynnym szczycie klimatycznym w Paryżu Arnold Schwarzenegger.

Trudno o lepszą ilustrację drogi od bohatera nastolatków i niedoszłych marines oraz obiektu drwin wyrobionej publiczności do zatroskanego o planetę poważnego gracza na międzynarodową skalę.

Gdy w 1968 r., mając 21 lat, przyjechał z Austrii do Stanów Zjednoczonych, koncentrował się głównie na swoich mięśniach. „W tamtych czasach nikt poważny nie zajmował się tzw. body building. Na pewno pomogło mi poczucie humoru. Kiedy przyjechałem do Ameryki, nikt nie zapraszał mięśniaka do gazety. Dopiero gdy nakręciłem dokument »Pumping Iron«, ludzie zaczęli mówić: »Ej, ten facet dobrze gada«. Od tamtej pory zapraszali mnie do każdego talk-show” – opowiadał w wywiadach.

„Arnie” przesadzał ze skromnością, bo w swojej branży był już gwiazdą – Misterem Universe, wielokrotnym Mr. Olympia, czyli zwycięzcą najważniejszych konkursów kulturystycznych na planecie.

Rzeczywiście, przed efektownym i dynamicznym „Pumping Iron” kulturystyka była domeną chłopaków z gorszych dzielnic, robociarzy, piwnicznych klubów. Po – awansowała na salony. „Pakowanie” było w dobrym tonie. Wtedy Schwarzenegger po raz pierwszy pokazał, że umie przełamywać szablony i lansować trendy w obcych im środowiskach.

Jego kariera nabrała tempa. Najpierw autoironiczny Herkules błysnął w „Conanie Barbarzyńcy” z 1982 r. Dostał za niego nominację do Złotej Maliny, ale wcale mu to nie zaszkodziło, przeciwnie – pomogło stać się żywym memem.

Status ikony kina rozrywkowego ugruntował dwa lata później film, który już na zawsze miał się stać jego znakiem firmowym. W pierwszej części „Terminatora” Schwarzenegger grał okrutną maszynę do zabijania. W drugiej – anioła stróża Johna i Sarah Connorów, którzy mieli uratować ludzkość.

To w tym filmie Schwarzenegger wypowiada po raz pierwszy słynne: „I’ll be back”, które potem powtórzy jeszcze wielokrotnie, czyniąc je jednym z chętniej cytowanych filmowych powiedzonek.

„Commando”, „Predator”, „Prawdziwe kłamstwa”, „Dzień sądu” – właśnie takie kino stało się jego przepustką do polityki. Ale nie chodzi tylko o zwyczajną popularność, jaką dają milionowe superprodukcje. Muskularny komandos/policjant/agent, człowiek czynu, który mało gada i niechętnie dzieli włos na czworo, tylko odbezpiecza broń i staje w obronie amerykańskich wartości oraz stylu życia – trudno o lepszy wizerunek, jeśli chce się stać maskotką Partii Republikańskiej.

Z takim kapitałem w 2002 r. Schwarzenegger ogłosił, że startuje w wyborach na gubernatora Kalifornii. Natychmiast zaczęły się mnożyć porównania do Ronalda Reagana – też aktora, też modelowego filmowego „American hero” i też wiernego republikanina, który jak mógł, ułatwiał życie paliwowym korporacjom, a w naukowe lewicowe bzdury wierzył tylko wtedy, gdy przypadkiem służyły biznesowi albo zbrojeniom.

„Arniego” od „Ronniego” odróżniało tylko to, że on – chociaż plotkowano, że ma i takie ambicje – nie może zostać prezydentem USA, bo urodził się poza Ameryką.

Wojowniczy, zaczytany w Biblii nafciarz George W. Bush w Białym Domu, krzepki i bezkompromisowy, wdzięczny Ameryce za otrzy-

„Zawsze chciałem się uczyć. Nawet kiedy chodziło tylko o muskulaturę, chciałem wiedzieć wszystko o anatomii. Więc kiedy naukowcy wchodzili do mojego gabinetu i jeden po drugim opowiadali, jak wiele dzieci umrze od zanieczyszczeń powietrza, po prostu ich słuchałem”

maną szansę kulturysta Arnold Schwarzenegger w gabinecie gubernatora od zawsze kontrkulturowej Kalifornii – wydawało się, że rosnących w siłę neokonserwatystów nic lepszego nie może spotkać.

„Zawsze chciałem się uczyć” – takie deklaracje powtarzane w wywiadach powinny wzbudzić czujność republikańskiej wierchuszki.

„Jeszcze wtedy, kiedy chodziło tylko o muskulaturę, chciałem wiedzieć wszystko o anatomii. Kiedy naukowcy wchodzili do mojego gabinetu i jeden po drugim opowiadali o zagrożeniach globalnego ocieplenia dla ekonomii, o tym jak wielu ludzi, w tym dzieci, umrze od zanieczyszczeń powietrza, po prostu ich słuchałem. Uczyłem się, uczyłem i jeszcze raz uczyłem. Tak zaangażowałem się w ochronę środowiska” – wspominał po latach Schwarzenegger.

Czego się nauczył? Na przykład tego, że musi powiedzieć „Hasta la vista, baby” smogowi i paliwom kopalnym. Bo Kalifornia to stan, z którym pod względem odsetka mieszkańców jeżdżących wszędzie – do pracy, na studia i na zakupy – samochodem może rywalizować chyba tylko Teksas. I od zawsze boryka się z potężnym zanieczyszczeniem powietrza. Los Angeles czy Fresno są do dziś jednymi z najbardziej „brudnych” miast Ameryki. To w poprzecinanym autostradami i otoczonym górami L.A. ukuto nazwę na określenie smogu, który występuje w miejscu, gdzie jest ciepło, dużo słońca i jeździ mnóstwo samochodów – to biały smog.

Arnold postanowił, że Kalifornia stanie się liderem w redukcji gazów cieplarnianych. – Chcę, by do 2050 r. mój stan zmniejszył emisję o 80 proc. w porównaniu z rokiem 1990 – zapowiedział u progu urzędowania.

Wkrótce potem, w 2006 r., zgromadzenie stanowe przyjęło tzw. akt na rzecz rozwiązania globalnego ocieplenia. Mimo nacisków z Waszyngtonu – wszak nadal rządził zaprzyjaźniony z koncernami paliwowymi i naftowymi korporacjami George W. Bush – Schwarzenegger dogadał się (zdrada!) z Demokratami, którzy mieli większość w lokalnym parlamencie, i podpisał ustawę.

„Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by spowolnić globalne ocieplenie, nim będzie za późno” – powtarzał i regularnie krytykował Busha za brak działań na rzecz ochrony klimatu.

Prawo wprowadzone ponad politycznymi podziałami zakazywało miejscowym korporacjom podpisywać długoterminowe umowy na dostawę energii z producentami, którzy nie spełniają wyśrubowanych na rozkaz gubernatora norm emisji. Kalifornia była pierwszym stanem, który przyjął tak restrykcyjne prawo.

To była pierwsza głośna potyczka „Arniego” z Waszyngtonem, lobby paliwowym i republikańskim establishmentem – ale nie pierwsza w ogóle. Terminator już na początku kadencji stanął ramię w ramię z Demokratami, by przeforsować surowe prawo ograniczające emisję spalin z rur wydechowych.

Kiedy odchodził z urzędu w 2011 r., mało kto pisał o zielonej rewolucji, lansowanych przez stanowe instytucje niskoemisyjnych paliwach i alternatywnych źródłach zasilania czy o ekologicznych pogadankach gubernatora w szkołach. Rozpisywano się raczej o ogromnej dziurze budżetowej, wysokim bezrobociu i bankructwie, u progu którego stanęła Kalifornia, jeden ze stanów najbardziej dotkniętych kryzysem finansowym 2008 r.

Uznanie przyszło chwilę później, kiedy w całej okazałości dostrzeżono skutki starań i wydatków gubernatora. Jak pokazują analizy California Air Resources Board, już w trakcie jego kadencji emisja CO2 spadła w Kalifornii z niemal 500 do 430 mln ton. A on sam z satysfakcją powtarza, że – zaraz po wysokich technologiach i informatyce – to dzięki zielonej energii Kalifornia ma największy wkład w amerykański PKB spośród wszystkich stanów: – Krytycy mówią, że przechodzenie na zieloną energię wiąże się z tym, że ludzie tracą pracę. Udowodniliśmy, że to wszystko kłamstwa.

Kiedy w gubernatorskim fotelu zasiadł demokrata Jerry Brown, zamiast skasować reformy poprzednika – jak to uczynił Trump po Obamie, a w Polsce czyni każda nowa ekipa – tylko je podkręcił. A we wrześniu 2018 r. na zorganizowanym przez siebie zjeździe polityków, biznesmenów, ludzi kultury i aktywistów z całego świata Brown ogłosił, że „złoty stan” do 2045 r. będzie w 100 proc. czerpał energię ze źródeł odnawialnych.

Brown kalifornijską deklarację podsumował zwięźle: – Jeśli chodzi o klimat, to historia zapamięta Trumpa jako kłamcę, kryminalistę albo głupca. Sami wybierzcie.

W ustach jednego z najbardziej zaciekłych wrogów alt-prawicy takie słowa nie dziwią. Większe wrażenie wywołał – znowu! – Schwarzenegger, kiedy kilka dni temu wypalił w Katowicach: – Donald jest „meszuge” (co w jidysz znaczy „szalony”).

Cóż, w przypadku Trumpa „Arnie” musiał pójść pod prąd republikańskiemu mainstreamowi. W końcu gra idzie o coś więcej niż Biały Dom czy Kapitol, bo o przyszłość planety. Dlatego kiedy w prezydenckim wyścigu Hillary Clinton szła łeb w łeb z Trumpem i zwycięstwo Republikanów wisiało na włosku, on poparł innego kandydata Republikanów – Johna Kasicha. „Jestem dumny z bycia Republikaninem, ale jeszcze bardziej jestem dumny z bycia Amerykaninem” – oświadczył. I namawiał kolegów, by przedłożyli interes Ameryki ponad interes partii.

„Arnie” przyjechał do Polski zaledwie kilka dni po akcji rozdawania posiłków strażakom, którzy gasili pożary w Kalifornii. – Widziałem gości pracujących przez 24 godziny na dobę. Mamy Święto Dziękczynienia. W taki dzień chciałem im podziękować za to, jaką wspaniałą wykonują robotę – mówił w miejscowości Paradise, czyli Raj, z której zostały zgliszcza.

W Katowicach przemówienie – które relacjonowały media nie tylko w Stanach, Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale nawet na Fidżi – zaczął mniej jowialnie, za to z grubej rury: – Jesteście tu, żeby wdrożenie porozumienia paryskiego stało się faktem.

Stojąc przed prezydentem Andrzejem Dudą i przewodniczącym COP24 Michałem Kurtyką, a także delegatami, aktywistami i dziennikarzami z prawie 200 państw, Schwarzenegger bił się w piersi za swój kraj, a zarazem psuł humor tym, którzy uważają, że USA pod prezydenturą Trumpa powstrzymają zieloną rewolucję: – To prawda, że Stany Zjednoczone mają dziś zacofanego w poglądach lidera. Ale Ameryka to nie tylko Waszyngton i jeden przywódca. To stany, miasta i lokalne władze, które odpowiadają za 70 proc. naszej emisji zanieczyszczeń. I to one wykonują ogromną pracę, żeby tę emisję zredukować.

Aktor wezwał, by na kolejny, 25. COP w przyszłym roku zostali zaproszeni lokalni liderzy, którzy „mają wielki wpływ na politykę klimatyczną”. Czyli burmistrzowie i gubernatorzy, którzy po zapowiedzi Trumpa, że Stany wyjdą z porozumienia paryskiego, skrzyknęli Amerykański Sojusz dla Klimatu. 17 gubernatorów i już ponad 450 burmistrzów, w tym największych miast – Los Angeles, Nowego Jorku, Chicago – postanowiło mimo braku wsparcia rządu, redukować emisję gazów cieplarnianych. W ich miastach, stanach i regionach żyje blisko 40 proc. Amerykanów. Wszyscy zadeklarowali razem z „Arniem”: „We’re still in” (Wciąż jesteśmy w porozumieniu paryskim).

Krytycy i media wytykają Schwarzeneggerowi, że lata prywatnym odrzutowcem, a garaż ma wypełniony kolekcją paliwożernych hummerów, sportowych bryk i luksusowych limuzyn.

Natychmiast podchwyciły to polskie prawicowe portale i gazety. Publicyści nazywali aktora hipokrytą, a gdy w kuluarach COP24 zapewnił, że wszystkie swoje samochody przerobił na wodór, prąd albo biopaliwo, w tym wartego milion dolarów mercedesa, orzekli zaraz, że gwiazdorowi nie wolno wierzyć, bo „ponoć nigdy nie brał sterydów...”.

Chichotom i ironicznym komentarzom nie było końca, kiedy Schwarzenegger w Katowicach oznajmił, że mięso, którego produkcja wiąże się z potężną emisją gazów cieplarnianych – jak choćby metanu pochodzącego z procesów trawiennych – je maksymalnie trzy razy w tygodniu. I nie wykluczył, że całkowicie zrezygnuje z tej przyjemności. Przed dwoma laty razem z Jamesem Cameronem, reżyserem „Terminatora”, wystąpił w kampanii społecznej. Namawiali kochających burgery Amerykanów do zmiany stylu życia i ograniczeń w jedzeniu mięsa. „Less meat, less heat, more life” (Mniej mięsa, mniej gorąca, więcej życia) – mówił aktor na koniec spotu. W kampanii wzięli też udział aktorzy Matt Damon i Joaquin Phoenix.

Nie pierwszy raz polska prawica podważa walkę gwiazd z globalnym ociepleniem. Gdy tuż przed szczytem klimatycznym gruchnęła wieść, że do Katowic przyjadą znani aktywiści Bono i Leonardo DiCaprio, prawicowe portale pisały, że setki milionów złotych pójdą na zabawę dla oczerniających Polskę zachodnich celebrytów. A kiedy dziennikarze dopytywali, dlaczego polski rząd oficjalnie nie zaprosił DiCaprio – choć zabiegało o to ONZ – wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki skwitował, że „woli oglądać go na ekranie”.

Polscy komentatorzy nie są oryginalni. Kiedy tylko Emma Thompson, Jessica Alba, Alec Baldwin, Harrison Ford czy Robert Redford powiedzą coś o globalnym ociepleniu, prawach lokalnych mieszkańców, paliwach kopalnych czy zatruwaniu oceanów, prawica na całym świecie zarzuca im hipokryzję, niewiedzę, obłudę. A kiedy zabraknie jej argumentów, mówi, że „aktorzy czy muzycy nie powinni zajmować się polityką”, a ich działania są na pokaz.

Tylko że w przypadku Schwarzeneggera to strzał kulą w płot. O ile wiele gwiazd rzeczywiście więcej mówi, niż robi, albo skupia się na czystym aktywizmie – fundacje, zbiórki pieniędzy, koncerty charytatywne, firmowanie nazwiskiem kampanii ekologicznych – Arnold załatwia sprawy na poziomie politycznym. Równie skutecznie, co morderczych Obcych w „Predatorze”.

To on założył w Kalifornii R20, jeden z pierwszych stricte politycznych ruchów na rzecz poprawy klimatu. Skojarzenia z G20, klubem najbogatszych państw świata, są jak najbardziej na miejscu. R20 ma angażować rządy, wielkich inwestorów i lokalny biznes w projekty związane z odnawialnymi źródłami energii. I ma pierwsze sukcesy – w Tanzanii organizacja Schwarzeneggera postawiła solarną piekarnię, dzięki której kilkadziesiąt kobiet ma pracę, a w Mali zainstalowała największą farmę fotowoltaiczną w całej Afryce Zachodniej.

Trupy uwięzione w spalonych wrakach samochodów na autostradzie, upiorne zgliszcza budynków osnute zatrutym powietrzem, wypalona ziemia, ogołocone z drzew i zieleni brunatne wzgórza. „Terminator 2018”?

Nie. To zdjęcia z Kalifornii. Kolejny odcinek relacji z cichej apokalipsy, która dzieje się na naszych oczach. Jeśli uda się ją powstrzymać, to również dzięki Terminatorowi, który – gdy chodzi o przyszłość ludzkości – nie przejmuje się, że wyrządzi komuś przykrość.

Dlatego kiedy gospodarze szczytu w Katowicach ustami prezydenta Dudy ogłosili, że „nie ma planu rezygnacji z węgla w Polsce. Mamy zapasy na 200 lat i trudno, żebyśmy z tego rezygnowali”, „Arnie” odpowiedział: – Największym złem są paliwa kopalne: węgiel, ropa i gaz.

SADAK SOUICI/LE PICTORIUM/EAST NEWS

Arnold Schwarzenegger przy swoim ulubionym samochodzie. Hummer, napędzana 6-litrowym motorem cywilna wersja wojskowej terenówki Humvee, jest symbolem amerykańskiego rozpasania. Ale nie ten - nowy model jest zasilany ekologicznym wodorem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.