Polak gra dla Netfliksa i Hulu

Gazeta Wyborcza - - PIERWSZA STRONA - DANIELEM SPALENIAKIEM

– Nie miałem pojęcia, że mogę sprzedawać utwory na potrzeby seriali, nic w tym kierunku nie zrobiłem – mówi nam Daniel Spaleniak, którego muzykę można usłyszeć w popularnych amerykańskich produkcjach

Do niedawna zachwycali się nim bywalcy offowych festiwali i krytycy. Teraz jego klimatycznych gitarowych piosenek słuchają miliony widzów popularnych amerykańskich seriali. Jak to się stało?

KALINA MRÓZ: Niewielu polskich widzów oglądających „The Path” czy „Ozark” i nucących piosenki z tych znanych amerykańskich seriali wie, że jesteś ich autorem. Jak chłopak z Łodzi się tam z nimi przebił?

DANIEL SPALENIAK: Sam się temu dziwię. Nie miałem pojęcia, że mogę sprzedawać utwory na potrzeby seriali, nic w tym kierunku nie zrobiłem. Siedziałem w domu, robiłem muzykę, czytałem książki i oglądałem filmy. Moje piosenki na Spotify przesłuchał pewien agent muzyczny. Odezwał się do mnie, podpisaliśmy umowę i już. Teraz dostaję od niego tylko maile: „Słuchaj Daniel, twoja muzyka będzie tu, tu i tu, scena będzie o tym i o tym, czy to dla ciebie OK?”.

I tak moja muzyka znalazła się w kilkunastu serialach, lepszych lub gorszych, i ma zazwyczaj szansę w nich wybrzmieć. Nie leci jedynie gdzieś w tle, w jakiejś kawiarnianej scenie, choć zdarzyło się to w jednym z odcinków „Elementary”. W innych na szczęście słychać ją bardzo dobrze. Zdarza ci się, że ludzie z drugiego końca świata piszą do ciebie, że tworzysz ładne piosenki?

– Tak. Na przykład z Turcji. Według danych Spotify najwięcej słuchaczy mojej muzyki jest w Warszawie, a zaraz po niej w Stambule. Ludzie piszą do mnie piękne rzeczy. Np. że mieli ciężki okres w życiu i moje piosenki im pomogły. Znam to. Kiedy miałem w życiu bardzo zły czas i nie mogłem wytrzymać z własnymi myślami, słuchałem ciągle płyty „In Rainbows” Radiohead. To pomogło mi przetrwać. Ale jakim cudem mam drugą największą bazę słuchaczy w Stambule? Nie grałem tam koncertów, raczej nie można tam kupić moich płyt. Najwyraźniej docierają do mnie właśnie serialowym kanałem. Oglądasz dużo seriali?

– Tak, jestem też kinomanem, ale nie na wszystko mam czas. Przy wyborze rzeczy do oglądania kieruję się recenzjami krytyków, których cenię. Żeby nie tracić czasu na filmy czy seriale, które na pewno mi się nie spodobają. Oczywiście robię wyjątki, przeczytałem kilka recenzji „Ślepnąc od świateł” i obejrzałem mimo kilku krytycznych opinii. Mam parę zastrzeżeń, ale uważam, że ten serial jest całkiem

dobry. Oglądam „Narcos”, czekam na drugi sezon „Making a Murderer” i przymierzam się do „Ucieczki z Dannemory”.

Chyba lubisz smutne rzeczy?

– Właściwie to tak. Z natury jestem wesołym człowiekiem, lubię żartować i się śmiać, ale bywam melancholijny i depresyjny. Doceniam piękno w smutku i uważam, że jest najbardziej prawdziwe. Czasem, w sytuacjach skrajnych, tego piękna jest tak wiele, że nie da się go wytrzymać. Może to brzmi pretensjonalnie, lecz tak to czuję. A czasem nie czuję zupełnie nic, męczy mnie emocjonalna posucha i w takim stanie nie da się nic stworzyć. To taka sinusoida.

Ale pesymistą nie jesteś?

– Nie, po prostu staram się już niczego nie oczekiwać. Żeby się nie rozczarować. Lepiej dać się pozytywnie zaskoczyć. Np. tym, że ktoś akurat kręci fajny film i zadzwoni do mnie z propozycją, czybym może nie napisał do niego muzyki.

A wiesz, że jesteś tajemniczy?

– Dlaczego?

Mieszkałeś w Łodzi, mieście z silną sceną muzyczną, ale, jak słyszałam, w ogóle się w tym środowisku nie pokazywałeś.

– To prawda. Znam się właściwie tylko z Saszą Tomaszewskim z zespołu Psychocukier, ale tylko dlatego, że pracował w knajpie Owoce i Warzywa, w której spędzałem sporo czasu. Rzeczywiście, trzymałem się z boku.

Dlaczego?

– W tym łódzkim okresie spędzałem większość czasu z moją ówczesną dziewczyną Weroniką [Izdebską, fotograf ką i twórczynią wideo]. Byliśmy ze sobą długo, pracowaliśmy razem, Weronika tworzyła oprawę wizualną mojej muzyki. Nie potrzebowałem niczego ani nikogo więcej. Nadal się przyjaźnimy i współpracujemy, Weronika robiła zdjęcia do mojej nowej płyty i kręci teledyski.

W jednym z waszych wspólnych wywiadów Weronika wspomniała, że połączyły was podróże. Nadal są dla ciebie ważne?

– Uwielbiam podróże, bo otwierają mnie na świat i nowe doznania. Czasem, kiedy zamykam się w domu i wpadam w tworzenie muzyki, to angażuję się tak bardzo, że nie mam ochoty już nigdzie wychodzić. Muszę ten amok czymś równoważyć. Wtedy wyjeżdżam.

W oprawie wizualnej twojej muzyki jest mnóstwo natury. Jest ci bliska, bo się w niej wychowałeś?

– Zanim wyjechałem do Łodzi na studia, mieszkałem z rodzicami pod Kaliszem. Lubię naturę, przestrzeń i ciszę. Wczoraj byliśmy z Weroniką nad takim jeziorkiem, próbowaliśmy zrobić zdjęcie na okładkę nowej płyty. Tam była zachwycająca cisza. Mieszkam teraz na warszawskim Muranowie i przyzwyczaiłem się do ciągłego szumu samochodów, ale kiedy nagle znalazłem się w miejscu bez tych dźwięków, pomyślałem: „Boże, jest coś takiego jak cisza!”.

Co cię sprowadziło do stolicy?

– Mieszkałem w Łodzi, bo tam studiowałem produkcję filmową i miałem życie prywatne. Potem moja sytuacja życiowa uległa zmianie, a z Łodzią zacząłem mieć za dużo bolesnych wspomnień. Pół roku temu wróciłem więc do domu rodzinnego, do Kalisza. Ten dom znajduje się na wsi, nawet do sklepu trzeba jechać samochodem, a rodzice mieszkają w Niemczech, więc siedziałem tam sam. Na dłuższą metę taka alienacja męczy.

W międzyczasie studiowałem we Wrocławiu w Szkole Muzyki Nowoczesnej. Pracowałem też nad nową płytą. Kiedy pozbierałem się po łódzkim okresie, uznałem, że wreszcie mogę wybrać takie miasto, jakie chcę, nic mnie nigdzie nie trzyma. Spędziłem trochę czasu w Warszawie latem, spodobało mi się, widzę tu dużo możliwości. Tego mi chyba brakowało. Chcę się trochę zanurzyć w wielkim mieście.

Zamieszkałeś na Muranowie. Ta dzielnica nie budzi najweselszych skojarzeń. Getto, Pawiak...

– Dopiero teraz zacząłem się zagłębiać w historię tego miejsca. Przeczytałem „Królestwo” Twardocha. Główny bohater, Szapiro, mieszkał obok mnie. Przez pierwszy tydzień na Muranowie źle sypiałem, miałem koszmary, co zdarza mi się rzadko.

A co to były za koszmary?

– Okropne. Śniło mi się, że masa ludzi próbuje wejść do mnie do domu. Są wściekli, a ja nie mogę zamknąć drzwi. To nie kwestia muranowskich duchów, bo nie wierzę w takie rzeczy. Te sny dotyczyły wypieranych problemów i doświadczeń, które przerabiam. Wierzę za to w energię miejsca, którą trzeba oswoić.

W połowie lutego ukaże się nowa płyta „Burning Sea”. Słyszałam, że będzie się różnić od poprzednich.

– To będzie zwieńczenie moich pięciu lat spędzonych w Łodzi. Prawie nie będzie na niej wokalu, oprócz singlowego utworu „Burning Sea” i kilku chórków. W większości to muzyka instrumentalna pisana do filmów studentów Filmówki.

Kocham pisać muzykę filmową. Mam wrażenie, że to też są piosenki, tylko że historię opowiada nie mój głos, ale instrumenty i dźwięki. Nie czuję, żeby czegokolwiek w nich brakowało. Zresztą zaczynałem od robienia muzyki instrumentalnej, moja pierwsza EP-ka była bez wokalu. Dopiero później doszedł głos, który sprawiał mi zawsze więcej kłopotu, niż wymyślanie melodii. Nie mam zbyt dużych możliwości wokalnych, tak jakbym miał instrument z dwoma strunami. Pracuję nad tym, ale pisanie muzyki filmowej bez śpiewania sprawiło mi wielką satysfakcję. Cały czas słucham tej nowej płyty i zastanawiam się, czy jeszcze coś by można było poprawić, chociaż już i tak nic nie mogę zmienić. Pewnie każdy tak ma przed wydaniem nowego albumu.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.