Na dżihad z Tunezji

Poczucie krzywdy, rozczarowanie rewolucją, religijna pustka – jest wiele powodów, dla których Tunezja, największa nadzieja arabskiej demokracji, stała się największym eksporterem islamskich radykałów.

Gazeta Wyborcza - - ŚWIAT - MARTA URZĘDOWSKA

1 RP Najgorsza była ostatnia dekada. Z danych na temat światowego terroryzmu gromadzonych przez uniwersytet w Maryland wynika, że – o ile od początku lat 70. do 2010 r. roczna liczba zamachów na świecie nie przekraczała 3 tys. – w ciągu ostatnich ośmiu lat ani razu nie spadła poniżej 10 tys.

Eksperci alarmują, że terroryści powołujący się na prawdziwe albo wydumane związki z ISIS czy Al-Kaidą są dziś sprawniejsi i bardziej bezczelni niż kiedykolwiek i mało kto się łudzi, że uda się ich rozpędzić czołgami.

Zamiast tego rządy i spece od terroryzmu szukają przyczyn frustracji, która z czasem staje się pożywką dla radykalizmu i popycha młodych ludzi w jego objęcia.

Sfrustrowani, skrzywdzeni

Magazyn „Foreign Policy” wziął pod lupę Tunezyjczyków, którzy w ostatnich latach wyjątkowo licznie odpowiedzieli na wezwanie samozwańczego kalifa Państwa Islamskiego i masowo wyruszyli do Iraku i Syrii. Dziennikarze przeanalizowali dane setek z ponad 6 tys. tunezyjskich rekrutów ISIS, po czym zestawili je z socjoekonomicznymi wskaźnikami regionów, z których pochodzili.

Wyszło im, że przekonanie, jakoby głównym powodem zaciągania się pod sztandary ISIS była bieda, to stereotyp. To, że w danym regionie się nie przelewa i szerzy się bezrobocie, wcale nie oznacza, że właśnie stamtąd pochodzi najwięcej adeptów dżihadu. Zauważono za to inną prawidłowość.

Młodzi ludzie częściej radykalizowali się w miejscach, w których był najwyższy poziom frustracji i poczucia utraconych możliwości. I właśnie Tunezyjczycy, którzy uważają, że dostają od życia mniej, niż im się należy, chętniej odpowiadają na wezwanie islamistów.

Bo sfrustrowanych obywateli tam nie brakuje. Choć rząd próbuje kontrolować inflację i zmniejszyć deficyt budżetowy, szybko drożeje jedzenie, paliwo i prąd, rosną podatki, a pensje w budżetówce są zamrażane albo obniżane. Przez kraj przetaczają się protesty przeciwko cięciom budżetowym wymuszonym przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, gorszym warunkom życia i korupcji.

– Ceny rosną, ale pensje ani drgną. Z tego, co zarabiam, wystarczy mi do połowy miesiąca, później bez pomocy rodziny nie wystarczyłoby mi na życie – skarży się w rozmowie z portalem Al-Arabi Samira, pracownica sklepu z ubraniami w Tunisie. Wtóruje jej Nizar, właściciel spożywczaka. – W ostatnich latach wszystko strasznie podrożało. Jem mięso maksymalnie raz w miesiącu, bo tylko na tyle mnie stać – żali się.

W dodatku władze nie patyczkują się z protestującymi. Setki osób trafiają do aresztu, dziesiątki obrywają w starciach z policją. – Nastały czasy, kiedy elity dbają wyłącznie o finansowe tabelki, za nic mając interes większości Tunezyjczyków. W efekcie przepaść między bogatymi a biednymi powiększa się i ludzie są coraz bardziej wściekli – tłumaczy Tajjib Hanchir, członek Ruchu Nowego Pokolenia.

Sens życia i zarobek

(na zdjęciu demonstracja w Tunisie, 8 stycznia Fenomenem wojowniczych Tunezyjczyków zajęli się także eksperci z Washington Institute for Near East. Sprawdzili, co najczęściej skłaniało ich do wyjazdu na front do Syrii czy Iraku. Otóż wielu autentycznie poruszył los Syryjczyków mordowanych przez reżim Baszara al-Asada, tym bardziej że syryjska wojna jest jednym z najczęściej fotografowanych i nagrywanych konf liktów w historii.

Cytowany w raporcie 25-letni Omar przyznaje, że nie mógł spokojnie oglądać zdjęć z masakr, dlatego zdecydował się pomóc Syryjczykom. Podobnie jak piłkarz Nidal Selmi, który zginął w Syrii w 2014 r. – Wyjechał, bo nie mógł znieść cierpienia Syryjczyków, bez przerwy o tym mówił – tłumaczy dziś jego ojciec.

Innym powodem masowych wyjazdów na tereny kalifatu stała się tunezyjska rewolucja z 2011 r., która zapoczątkowała w regionie serię protestów zwanych arabską wiosną. Choć z upadkiem dyktatury Tunezyjczycy początkowo wiązali ogromne nadzieje, z czasem uznali, że na demokracji skorzystały tylko elity, a reszta społeczeństwa w pakiecie z wolnością dostała bezrobocie, wzrost cen, biedę i stagnację.

Wielu właśnie w tym czasie wyruszyło do Europy, inni postanowili szukać sensu życia i szybkich korzyści finansowych w Syrii. Jak Malik, który w wieku 14 lat musiał odejść ze szkoły, żeby pójść do pracy i pomóc rodzinie, a po trzech latach zaciągnął się do ISIS, bo radykałowie obiecali, że w zamian przeleją jego rodzinie 1,5 tys. dolarów.

– Dziwicie się, dlaczego młodzi Tunezyjczycy wstępują do ISIS? Jeśli ktoś ma pomysły, cele, plany na przyszłość, ale żyje w społeczeństwie, w którym nikogo to nie obchodzi, naprawdę nie ma się czemu dziwić – tłumaczy cytowany w raporcie Tunezyjczyk, którego kuzyn wyjechał do do Syrii.

Ci, którzy już wrócili z terenów kalifatu, przyznają, że ISIS wyjątkowo sprawnie rekrutował młodych, szczególnie w dzielnicach biedniejszej klasy średniej. – Obiecywali, że jeśli kandydat przejdzie wstępne szkolenie, jego rodzina dostanie na konto nawet kilka tysięcy dolarów. Do dziś są w Tunisie miejsca, w których łatwo można poznać domy bojowników – mają świeżo dobudowane drugie i trzecie piętra, w takich miejscach widać mały boom budowlany – tłumaczy Taylor Luck z Christian Science Monitor.

Dżihad odkupi grzechy

Nie zawsze chodzi o pieniądze. Często powodem wyjazdu bywa osobista tragedia – śmierć członka rodziny, rozwód czy utrata pracy. Albo chęć odkupienia grzechów. Byli dżihadyści wspominają, że kiedy przed wyjazdem zwierzali się imamom, że zdarzało im się pić alkohol czy randkować, słyszeli: na odkupienie grzechów nie ma jak dżihad.

Wreszcie ostatnia grupa tunezyjskich adeptów syryjskiego dżihadu to ci, którzy wyjechali, bo czuli „duchową pustkę”.

– Tunezja przed rewolucją była mocno świecka. Mało kto w ogóle się modlił, byliśmy kompletnie odcięci od religii. Kiedy po rewolucji pojawili się salafici, zaczęli rozstawiać modlitewne namioty, rozdawać ulotki, najpierw tłumacząc, jak się modlić czy dokonywać ablucji, a z czasem – jak zaciągnąć się na dżihad – wspomina Abu Muat at-Tunisi, tunezyjski mudżahedin.

Eksperci przyznają, że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tysiące Tunezyjczyków wyruszyły na dżihad, bo to groźne uproszczenie, które jedynie zaciemnia obraz i sprawia, że trudniej jest eliminować rzeczywiste przyczyny radykalizacji. „Powodów jest bardzo wiele, w dodatku niektóre są wzajemnie powiązane, a szukanie jednego wyjaśnienia jest bardzo ryzykowne. Nie traktujmy serio komentatorów, którzy próbują sprowadzić wielką mobilizację tunezyjskich dżihadystów do jednego konkretnego powodu” – przekonują.

Choć Tunezyjczycy wiązali wielkie nadzieje z upadkiem dyktatury, z czasem uznali, że na demokracji skorzystały tylko elity, a reszta obywateli w pakiecie z wolnością dostała bezrobocie, wzrost cen, biedę i stagnację

Efekty „jaśminowej rewolucji” rozczarowały Tunezyjczyków – tylko elitom żyje się lepiej

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.