Strajk dla Ziemi

Gazeta Wyborcza - - WYDARZENIA -

śmiecioskamieliny, po oceanie pływa śmieciowa wyspa. Tak jak mchy pochłaniają buty, tak ryby pochłaniają plankton z kawałków plastiku. A potem umierają, nadprodukcja odpadów jest jedną z przyczyn trwającego obecnie wielkiego wymierania gatunków.

Jak na śmieciorośliny reagują odwiedzający Ogród?

– Na co dzień okazy z kolekcji Center of Living Things są przechowywane w starej szklarni w części ogrodu dostępnej tylko dla pracowników naukowych, ale oprowadzałam kilka razy ludzi po ogrodzie i mówiłam o tych roślinach jak o pełnoprawnych gatunkach. Na początku pracownicy Ogrodu patrzyli na mnie z rezerwą, ale po pewnym czasie zaczęli oprócz roślin uprawianych w Ogrodzie podlewać też moje śmieciorośliny. Zostaliśmy zaakceptowani. A informatyk ogrodu Jerzy Iwaniak nawet zaprogramował dla mnie specjalny system nawadniania w gablotach na śmieciorośliny. Zależy mi na tym, żeby stały się one oficjalną częścią ogrodu, żeby podkreślić, że właśnie taki rodzaj natury obecnie nas otacza. Nie ma powrotu do natury czystej, niezmienionej przez człowieka. Planuję zbieranie śmiercioroślin w innych krajach, ale na razie w Center of Living Things są głównie okazy z Polski. Tutaj się wychowałam, wśród naszych śmieci z rowów leśnych.

Kiedy zaczęłaś śmieci? zauważać, że otaczają nas

– Jako dziecko jeździłam z rodzicami na skałki jurajskie niedaleko Dąbrowy Górniczej, niby w naturę, ale zawsze były tam śmieci po poprzednich grillowiczach. Jedliśmy kiełbaski, patrząc na panoramę z hutą na horyzoncie. Dorastałam w Dąbrowie, tuż obok Huty Katowice, w totalnie przemysłowym regionie. Właściwie wszystko, cokolwiek dotkniesz, jest tam pozostałością ludzkiej działalności, nawet to, co na pierwszy rzut oka wygląda na stworzone przez naturę. W okolicy rosły laski brzozowe, a to dlatego, że brzoza łatwo się przyjmuje na zdegradowanych, ubogich glebach. Jeziorka, w których się kąpałam, wyglądały na naturalne, a były zalanymi wyrobiskami piasku. Jestem dzieckiem antropocenu.

Od małego widziałam na własne oczy, że te działania wielkiego przemysłu, który wykorzystuje zasoby Ziemi, nie pozostają bez wpływu na przyrodę, ale też na ludzi. Dlatego dla mnie takim ważnym tematem stał się również temat transformacji regionów przemysłowych. Związek z tym ma pomarańczowy sok, który dolałaś nam do herbaty. To twój kolejny projekt?

– To sok z rokitnika. Zaczęło się od tego, że pojechałam na Obóz dla Klimatu nad jezioro Wilczyńskie we wschodniej Wielkopolsce. Są tam odkrywki węgla brunatnego. Odpompowuje się wody gruntowe, przez to wysychają tereny wokół odkrywki, krajobraz się zmienia, umierają podmokłe lasy, są mniejsze plony. Pojezierze Gnieźnieńskie też wysycha, a jego unicestwienie przyspieszają zmiany klimatyczne. Problem braku wody to nie będzie tylko problem Wielkopolski, Polska jest najmniej zasobnym w wodę krajem w Europie.

Jarek Koźlarek, związany z inicjatywą Zmieniamy Konin, pokazał mi rokitnik. Na terenach poodkrywkowych, gdzie ziemia jest jałowa, nie wyrośnie od razu las, mało co chce tam rosnąć. Kopalnie zasadzają tam mnóstwo rokitników, mało wymagających roślin, które rosną na wydmach, na piachu, więc przyjmują się całkiem dobrze. Powstaje krajobraz stepowo-rokitnikowy.

Na tych terenach to taki postapokaliptyczny owoc. Ale on jest zdrowy, ma mnóstwo witamin, antyoksydantów, jest nazywany superfoodem. Rozpoczęłam inicjatywę, która nazywa się Rokitnikowa Hałda, współpracuję z aktywistami z Konina, którzy działają na rzecz sprawiedliwej transformacji regionu. Być może rokitnik i przetwory z niego mogłyby być jedną z alternatyw? Zagłębie rokitnikowe, a nie węglowe. We wtorek w 22 krajach odbędą się demonstracje pod wspólnym szyldem nieformalnego ruchu Earth Strike. W Polsce protestować będzie można m.in. w Warszawie pod Sejmem

(o godz. 18), a także w Poznaniu, Krakowie i Białymstoku. Więcej informacji na facebookowym profilu

Strajk dla Ziemi – Earth Strike PL. Z sokiem z rokitnika pojechałaś na szczyt klimatyczny ONZ w Katowicach.

– Rozstawiłam się w pawilonie „Dobry klimat” na rynku w Katowicach, ale szybko stamtąd uciekłam. Okazało się, że tuż obok przestrzeń wynajęły m.in. Lasy Państwowe, współodpowiedzialne za wycinkę w Puszczy, czy Jastrzębska Spółka Węglowa, która organizowała warsztaty dla dzieci, na których można było się dowiedzieć, że węgiel jest paliwem czystym, jeśli się go odpowiednio przetworzy, czyli zrobi z niego koks.

Ostatecznie wyszło dobrze, bo zamknęłam stoisko i chodziłam ze słoikami, opowiadając o tych „przetworach” – skąd się wzięły, co symbolizują. Później udało mi się je przemycić – nie wiem, jakim cudem, bo sprawdzali, czy nikt nie wnosi napojów – do budynku, w którym odbywała się konferencja. Częstowałam sokiem z rokitnika ludzi z całego świata i opowiadałam o wschodniej Wielkopolsce. Sok im smakował.

Sok z rokitnika to pretekst do rozmowy, ale takie lokalne inicjatywy nie są w stanie powstrzymać zmian klimatycznych.

– Oczywiście, że nie. Ale mogą wpłynąć na szukanie realnych rozwiązań dla problemów lokalnych. Tu, lokalnie, w mikroskali, jak w soczewce odbijają się globalne procesy i problemy. Kiedy rozmawiałam z aktywistami z innych regionów węglowych świata na szczycie klimatycznym, widziałam, że te wyzwania są zbliżone.

Jeśli nie będzie ogromnych, systemowych zmian, to czeka nas katastrofa. Fajnie, że modne robi się rezygnowanie z plastikowych słomek, ale to nie wystarczy. Musimy nie tylko zmienić nasze indywidualne przyzwyczajenia, ale też wymyślić od nowa cały system. To jest też ważny temat dla artystów, którzy mają szansę na wymyślenie wizji przyszłości. Dziwi mnie, że politycy się tym nie jarają. Zamiast pomyśleć: „Wow, przejdziemy do historii jako ludzie, którzy skończyli epokę przemysłową, wprowadzili świat w nową, bardziej sprawiedliwą”, dążą do tego, żeby być zapamiętani jako ci, którzy za wszelką cenę tkwili przy wydobywaniu węgla i przyczynili się do katastrofy.

Przeciwko takim decyzjom chcesz protestować, i to nie tylko w swojej sztuce, ale też na ulicach.

– Pierwszy z zaplanowanej serii Strajków dla Ziemi – dotyczących walki z ocieplaniem klimatu – organizujemy 15 stycznia pod Sejmem. Chcemy, aby przyjął formę karnawału, by ludzie przyszli przebrani za zwierzęta, najlepiej takie, które są zagrożone wyginięciem. Mamy strój morsa, wilka, ośmiornicy, tukana, a w ten weekend w Rotacyjnym Domu Kultury na warszawskim Jazdowie poprowadzimy też warsztaty z robienia takich strojów i masek. Z jednej strony będziemy mówić o wymieraniu gatunków, a z drugiej – tańczyć. Żeby przyciągnąć jak najwięcej osób, nie możemy mówić tylko tonem katastroficznym. Chcemy też mówić tonem nadziei: razem możemy coś zmienić. Trzeba działać wspólnie i oddolnie się organizować. Chodźcie!

– ur. w 1988 r. Artystka wizualna. Podstawą jej działań jest fotografia, którą łączy z innymi mediami. Interesują ją działania z pogranicza bioartu. Jest laureatką międzynarodowych konkursów, m.in. ShowOFF na Miesiącu Fotografii w Krakowie, ReGeneration 3 w Musée de l’Elysée w Szwajcarii czy polskiej edycji Nagrody Fundacji Vordemberge-Gildewart. Redakcja tygodnika „Polityka” właśnie nagrodziła ją Paszportem w kategorii sztuki wizualne. Mieszka i pracuje w Warszawie

*DIANA LELONEK

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.