Boliwia

NA WSCHODZIE BEZ ZMIAN W jezuickich miasteczkach misyjnych w Chiquitanii czas zatrzymał się 250 lat temu. I ani myśli ruszać naprzód

Podróże - - Pierwsza Strona - TEKST WOJCIECH GANCZAREK

Rowerowa wyprawa tropem misyjnej przeszłości

WSan Antonio na głównym placu kończy się zebranie. Uczestnicy zabierają spod potężnego mangowca taboreciki i plastikowe krzesła i w ostatnich minutach popołudniowego upału powłóczystym krokiem ruszają do domów. Placu nigdy nie wybrukowano. Postawiono wieżę ciśnień, posadzono kilka drzew. Między nimi spacerują krowy rasy zebu. Doskonała biel ich skór różowieje w zachodzącym słońcu. Z wysokich traw wystają grzbiety czarnych świń, krążą po placu jak łodzie podwodne na półwynurzeniu. Dzieci grają w piłkę, dziewczęta chichoczą, spoglądając ukradkiem. Niewielki kościół kwieci się malunkami: pastelowymi wieńcami i kłosami. Rzeźbione postaci mają grubo ciosane, wiejskie rysy. O zmroku z pastwisk wracają konie, a powietrze skrzy się od świetlików. Niewiarygodna liczba szybko gasnących błysków obsiada całą okolicę. Wygląda to wręcz nienaturalnie. Taki klimat. Do Boliwii przyjechałem z Peru, przez słynny region Altiplano z jeziorem Titicaca, solniskiem Uyuni i mroźnymi porankami. Zupełnie nie spodziewałem się, że na wschodzie kraju odnajdę miejsca tak ciepłe i przytulne jak San Antonio; historie tak odmienne i oryginalne jak dzieje jezuickich misji Chiquitanii.

Pierwszą różnicę czujesz, gdy drogą z Cochabamby do Villa Tunari spadasz na niziny z wysokości 4000 m n.p.m., z zimnego, beztlenowego płaskowyżu. Nagle wracają podzwrotnikowy upał, amazońska wilgoć i smażone banany. Dalej szosa przez Chapare: ciężarówki, brak pasa awaryjnego, martwe węże, śmierć w oczach. Kobiety w szerokich spódnicach suszą liście koki na asfalcie drugiej nitki budowanej właśnie autostrady. Część przerobi się na kokainę, a część sprzeda na targu – hurtowo, z wielkich parcianych worów, albo detalicznie, w zielonych torebkach z porcją na herbatkę lub do żucia. To wszystko męczy, więc zatrzymujesz się w Buena Vista, gdzie nieoczekiwanie znajdujesz zupełnie nieboliwijski porządek i ład: pachną kwiaty, dzieci spacerują z lodami, pary – pod rękę. Siadasz w parku popatrzeć na cienkie sukienki poruszane przez wiatr, raz po raz muskające młode ciała. Kawałek dalej kończy się puszcza, teraz sto kilkadziesiąt kilometrów przez pola genetycznie modyfikowanej soi. Przy drodze reklamy nowych gatunków kukurydzy, salony sprzedaży kombajnów, szosą ciągną ciężarówki pełne żywych krów wiezionych do miasta, bo mięso świeżo zabitego zwierzęcia podobno smakuje lepiej. Wreszcie w San Ramón odbijasz w prawo i wszystko się zmienia. W San Ramón zaczyna się Chiquitania. Luty, upalne popołudnie. Ksiądz Kazimierz zabiera się do koszenia trawy na kościelnej posesji. Mieszka w San Ramón już dłuższy czas i nabrał obyczajów miejscowych. Siada przy drewnianym stole z zieloną foliówką koki i oddziela liście z ostrymi końcami od liści z końcami łagodnymi. Te pierwsze podczas żucia podrażniają podniebienie, a te drugie – nie. Od tego zaczyna się każda praca fizyczna w Boliwii. Mijają kwadranse. Wpada sąsiad. Kawy? Nie, bo gorąco. Zimnej wody? Owszem, dziękuję. Ksiądz Kazimierz wstaje, idzie do lodówki, przynosi wodę, wraca do przebierania liści. Był w Buenos Aires? Był, autobusem, opowiada ile godzin, ile zapłacił. Bardzo zmęczony? Bardzo, więc wraca do domu, do zobaczenia. Za chwilę pomruk gasnącego silnika

– Marek z Concepción. Kawy? O, bardzo chętnie. Macie mleko? Jak ja dawno nie piłem kawy z mlekiem! Kupki koki rosną powoli, zmrok zapada. Trawa nie zając, nie ucieknie. Taki klimat. W XVII w. na obecne pogranicze Argentyny, Brazylii i Paragwaju, a nieco później także na wschód Boliwii, przybyli jezuici. Zaczęli tworzyć tu alternatywę dla panującego w hiszpańskich i portugalskich posiadłościach systemu kolonialnego. Misjonarze osiedlali ludność rdzenną w zorganizowanych miasteczkach. W każdym budowali charakterystyczny kościół – podłużną świątynię z łagodnie spadzistym dachem i stojącą obok drewnianą dzwonnicą – a oprócz zasad katechizmu nauczali rzemiosła, muzyki i rzeźby. Trwało to aż do 1768 r., gdy zostali wygnani z dominiów Korony. W rezultacie w Paragwaju miasta się wyludniły, a większość wkrótce popadła w ruinę. Te w Chiquitanii uniknęły podobnego losu. Dzięki temu dziś, dokładnie 250 lat po smutnym końcu jezuickiego eksperymentu, można oglądać perły latynoamerykańskiego baroku rozrzucone po boliwijskiej puszczy.

W chiquitańskich kościołach najbardziej zaskakuje właśnie ich położenie. W San Ramón droga wpada w las, w pagórkowate pastwiska. Dziesiątki kilometrów bezludnej zieleni, a potem nagle filigranowe domki i kremowa świątynia z czerwoną dachówką. Z grubych pni puszczańskich drzew wyrzeźbiono helisy i ustawiono jako kolumny, barokowe freski malowane na jasnych ścianach rozle- wają się na odrzwia i okiennice domów San Ignacio de Velasco. Miasto to perełka pośród puszczy: siatka prostopadłych ulic, przy głównych alejach palmy. Czysto, samochody umyte, mężczyźni w kapeluszach. Bujna zieleń parku tryska jak lawa z brukowanej ramki ulic. Powietrze pachnie niespiesznością i kawą z piekarni na rogu. Jak inaczej mogłyby wyglądać miasteczka w raju? Tylko tak.

Za San Ignacio kończy się asfalt. Przez kolejne 200 km aż do San José rower podskakuje na kamieniach i koleinach. Kiedy blisko pięć lat temu przyszedł mi do głowy pomysł podróży po Ameryce Łacińskiej, wyobraźnia podsunęła następujący obraz: nawierzchnia z czerwonej ziemi szczelnie obrośnięta zielenią puszczy, błękitne niebo nad głową i nic więcej. Przez 25 000 km ani razu nie widziałem jednak takiego pejzażu, aż tu nagle droga z San Ignacio do Santa Ana wygląda dokładnie jak z dawnych wyobrażeń. Wydaje mi się, że to moment kulminacyjny mojego zachwytu nad Chiquitanią. Pedałuję pijany radością, z gębą otwartą, z dziecięcą euforią i nie spodziewam się, że w Santa Ana spodoba mi się jeszcze bardziej. Zaczyna się jak zawsze: dokąd jadę, skąd jestem. Odpowiadam krótko, na odczepnego. Na motorze siedzi mężczyzna z krótką brodą, na oko czterdziestoletni, w dżinsach, koszuli na guziki i spranej bejsbolówce z logotypem producenta traktorów. Spokojne, ciepłe oczy patrzą z wyraźnym zainteresowaniem, ze zrozumieniem, więc rozwijam temat, że z Meksyku, przez Wenezuelę, teraz Boliwia, potem Brazylia. I dalej? Paragwaj. A potem do Polski? Nie, potem do Argentyny, odpowiadam. On patrzy, kiwa głową, po oczach widać, jak w głowie świta myśl: „A czemu ja bym sobie nie mógł...”, ale z ust wychodzi tylko: – Dobry pomysł. Gruntowa droga ma tę zaletę, że nie tylko ty zwalniasz, ale zwalnia życie w ogóle. Można się zatrzymać, ot tak, i porozmawiać. Nikt nie zatrąbi, bo mało kto tędy jeździ. A jak

< Czerwona ziemia, zielona dżungla – droga z San Ignacio do Santa Ana

przyjedzie, to wychyli się z okna, kiwnie ręką, żeby się odrobinę przesunąć, pozdrowi, ominie i ruszy w swoją stronę. We wsiach ludzie spacerują środkiem drogi bez panicznego strachu przed kilkudziesięciotonowymi ciężarówkami z asfaltowych tras. Przed sklepami stoją drewniane ławki, czasem wiszą hamaki. Można kupić litrową oranżadę marki Oranżada w szklanej butelce, położyć się w cieniu pod słomianym daszkiem i poczekać, aż u sąsiada wyjmą chleb z glinianego pieca. Taki klimat. W Santa Ana cisza. Wielki plac za dnia ocieniają parasole rozłożystych drzew, nocą oświetlają rozrzucone bezładnie żółte latarnie, grają świerszcze. Czerwone uliczki, które z niego wychodzą, ledwie trzy przecznice od placu wpadają w las. Koczownicze ludy południowej Amazonii wędrowały dawniej w poszukiwaniu „tierra sin mal”, terytorium bez zła, gdzie żyje się w harmonii z naturą, w pokoju i obfitości. Jak w Santa Ana? Nie spodziewałeś się chyba, że na głębokiej boliwijskiej prowincji, pośród dziewiczej puszczy, wejdziesz do bogato zdobionego barokowego kościoła, zbudowanego rękami miejscowych Chiquitanów, wykształconych przez jezuitów? Że na porannej mszy będziesz słuchał młodych skrzypków, kontrabasistów i wiolonczelistów ze szkółki sąsiadującej z warsztatem rzeźbiarskim, a potem sam zagrasz na wiekowych organach? Że jak gdyby nigdy nic od 250 lat funkcja kościelnego nieprzerwanie przechodzi z ojca na syna?

Zbiera się na deszcz. Niebo pociemniało od granatowych chmur, w dali słychać zbliżające się podmuchy wiatru. Od San Rafael towarzyszy mi Jessica, znajoma z Santa Cruz. Przystajemy, by pochować rzeczy przytroczone na zewnątrz sakw: suszący się ręcznik, trochę chleba. Sto, może dwieście metrów dalej widać zbliżającą się ścianę wody, w koleinach drogi stoją już kałuże. Po kilku dniach w palącym upale czekamy na ten deszcz jak na zbawienie. Gdy na ciało spadają pierwsze krople, na ustach bezwiednie pojawia się uśmiech, na karku – gęsia skórka. Wszystko trwa może pół minuty. Po kilkudziesięciu metrach przejeżdżamy wyraźną linię między strefą mokrą i suchą. Ulewa minęła nas o włos. Dalej ziemia

jest wilgotna, dyszy oparami w słońcu, które zdążyło wyjść zza chmur. Droga opada i rower rozpędza się bez wysiłku, wbija w świeżą mgłę, która podniosła się nad okolicą. Spomiędzy szerokich liści palm, lśniących jeszcze po deszczu, słychać narastający szczebiot. Gdy dojeżdżam do drzew, ptaki zrywają się jak na komendę. Kilkadziesiąt drobnych papug o zielonych piórach i krępych główkach przefruwa mi nad głową, rozrzucając za sobą piskliwe dźwięki. I jeśli ktoś zastanawiałby się, po co pedałować przeszło sto kilometrów upiornie kamienistą gruntówką z San Rafael do San José, to właśnie dla takich chwil. Na całej trasie pokonuje się dokładnie jedną górę. Nie jest ani wysoka, ani specjalnie stroma, ale mówią o niej Diabelski Szczyt albo jakoś podobnie. To wyraźna odmiana po szeregu miasteczek naznaczonych imionami świętych. Dalej na południe teren obniża się, a między drzewami po obu stronach drogi pojawiają się mokradła. Do dziś nie wiem, czy to prawda z tymi jaguarami, ale podobno dlatego córki Pedra nie chcą mieszkać z ojcem. Przeniosły się do ciotki, do miasteczka. Pedro z najstarszymi synami karczuje 30 ha puszczy, które kupił kilka miesięcy temu. Suche kolby kukurydzy z pierwszego zasiewu już czekają na zbiór. Gdy zapraszał nas do siebie,

słońce stało jeszcze wysoko i nikt nie przewidział zbliżającej się masowej zagłady. Teraz, gdy klepiemy się w łydki, zabijamy od razu ze dwadzieścia sztuk. Poruszając ręką, czujemy tysiące maleńkich ciałek uderzających w skórę. Znaleźliśmy się w zupie komarów. Odcinek bagienny ma raptem 15-20 km, kończy się 30 km na północ od San José de Chiquitos. Tam lepiej nie spać. W San José pętla jezuickich misji łączy się z główną trasą do granicy z Brazylią. Na horyzoncie z drzewiastej zieleni wyrastają potężne bloki skalne, do złudzenia przypominające Gran Sabanę na wschodzie Wenezueli. Można powiedzieć, że Chiquitania, boliwijski wschód, to taka latynoska wersja polskiego Roztocza: morze lasów z niewielkimi wyspami cichych miejscowości zamieszkanych przez serdecznych ludzi i z drewnianymi kościołami na ozdobę. Roztocze to chyba jeden z ostatnich w naszym kraju regionów przypominających idyllę wiejskiego życia pośród kniei. I nawet jeśli kiedyś zaludni się zmęczonymi pracownikami warszawskich korporacji, zawsze będzie można szukać ratunku na wschodzie Boliwii. Maniok jest równie smaczny co ziemniaki, proszę się nie obawiać. r

Kilkadziesiąt papużek o zielonych piórach przefruwa mi nad głową

> Kościół w Concepción o bryle typowej dla misji jezuickich w Chiquitanii

} Fragment fresku z fasady świątyni w San Rafael

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.