SZPIEDZY TACY JAK MY

Przeglad Sportowy - - KOMENTARZE - Przemysław RUDZKI redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” English Breakfast

Awans do Premier League to dla klubów Championship sprawa tak ważna, szczególnie z finansowego punktu widzenia, że aby znaleźć się w elicie, są w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. „Afera szpiegowska”, która rozpętała się w Anglii w miniony weekend, po tym, jak Marcelo Bielsa, menedżer Leeds United, wysłał szpiega na boisko treningowe rywala, Derby County, pokazuje dobitnie, że bohaterowie takich akcji, choć dla wielu godni potępienia, nakręcają piłkarską koniunkturę i są potrzebni w erze „show”. Kluby z zaplecza Premier League nie po raz pierwszy obruszają się na metody działania rywali. W poprzednim sezonie, o czym pisałem tutaj w jeden z poniedziałków, nie mogły zdzierżyć, że Wolverhampton Wanderers dzięki niesamowitym wpływom agenta Jorge’a Mendesa mogą pozwolić sobie na ściąganie gwiazd i tym samym odjeżdżać konkurencji. Teraz chodzi o szpiegowanie. U śmiecham się, czytając wypowiedzi Bielsy, bo on przeprasza, w zasadzie nie przepraszając. Daje do zrozumienia, że nie chciał wywołać dyskomfortu u Franka Lamparda, menedżera Derby, natomiast zaznacza jednocześnie, iż takie praktyki stosował w przeszłości i wcale nie obiecuje poprawy. Anglicy bywają do bólu poprawni politycznie, więc dla nich Bielsa i jego knajackie metody są niesmaczne, ale kiedy widzę opinię Henry’ego Wintera, znanego dziennikarza, który namawia Związek Ligowych Menedżerów do wszczęcia akcji przeciwko szalonemu trenerowi, to myślę sobie, że coś jest tutaj nie halo. Szpiegowanie w futbolu to temat stary jak świat, a w życiu codziennym, w każdej niemal dziedzinie, stało się czymś normalnym. Nie mówię, że zasługuje na pochwały, pokazuje natomiast stopień determinacji – w tym konkretnym przypadku – Bielsy, nie chcącego niczego zostawiać przypadkowi. Gdybym ja był przełożonym Argentyńczyka, z pewnością bym go nie ganił, lecz poprosił tylko o większą dyskrecję następnym razem… Znalazłem bez trudu różne historie z przeszłości, świadczące o tym, że Bielsa nie jest prekursorem. W 2009 roku przed derbami Manchesteru nad boiskiem treningowym City miał fruwać helikopter sir Alexa Fergusona, a usadowiony w nim szpieg podglądać warianty taktyczne. Gary Taylor-fletcher przypomniał pyszną anegdotkę z meczu Huddersfield – Lincoln, kiedy to menedżer gości przemawiał do drużyny w przerwie i nagle odpadła jedna z płytek na suficie. Oczom piłkarzy ukazał się Brooky, kitman Huddersfield, który podsłuchiwał. S tan Ternent oskarżył niegdyś Neila Warnocka, dziś menedżera Cardiff City, a wtedy Sheffield United, że wysłał jednego z członków swojego sztabu, by podsłuchiwał jego uwagi taktyczne w przerwie, dzięki czemu mógłby odebrać nadzieję na play-off prowadzonemu przez Ternenta Burnley. Warnock, niezwykle barwna postać brytyjskiej piłki, totalnie zaprzeczył pomówieniom i dodał, z właściwym dla siebie urokiem, że „nie odlałby się na Ternenta, gdyby ten się palił”. Bielsa i jego szpiegowanie to małe miki. Żadnych wybuchów i skakania po pociągach jak w Bondzie, Jamesie Bondzie. Nawet dziury w płocie nie było, co potwierdziła policja. Na co dzień wokół nas dzieją się dużo gorsze rzeczy. Nie tak dawno w Polsce zatrzymano dwóch szpiegów pracujących dla Chin, jednym z nich był pan Weijing, u nas po prostu Stanisław, który zarządzał wielką firmą. Mężowie szpiegują niewierne żony i na odwrót. Sąsiedzi podglądają sąsiadów. W świecie korporacji, szczególnie konkurencji na rynkach technologicznych, szpiegują się wszyscy. W mediach jest tak samo. Pracowałem kiedyś w gazecie, która powstawała najpierw „na ścianę” – to takie robienie czegoś na sucho, testy, zanim ukaże się w kioskach (nie były zbyt udane, interes padł po 3 miesiącach). No i co się okazało? Że do tytułu zatrudnił się jeden gość z innego dziennika. W newsroomie mówiono potem, że wszystko przekazywał do szefów gazety, z której „odszedł”. Oczywiście po fiasku całej zabawy bezpiecznie wrócił na macierzyste łono. Z ostawmy jednak miejskie legendy, wróćmy do Leeds. CNN cytuje Gary’ego Neville’a, który podkreśla, że w Hiszpanii takie praktyki są czymś normalnym. Zresztą to Neville, były nieudolny trener Valencii, jako jeden z nielicznych w Anglii wziął Bielsę w obronę, mówiąc, że przynajmniej menedżer Leeds miał odwagę przyznać, iż… robi tak od zawsze. Raphael Honigstein, autor m.in. biografii Jürgena Kloppa „Robimy hałas” napisał po całym incydencie, że w Niemczech w tym roku przyłapano podejrzanego gościa na obiektach Hoffenheim. Był to, jak się potem okazało, skaut Werderu. Klub z Bremy wystosował przeprosiny. Co ciekawe, trener Hoffenheim Julian Nagelsmann przyznał: „Nie mam pretensji za to, że analityk wykonuje swoją pracę”. Lampard też nie uważa tego za oszustwo, natomiast podkreśla, że nie mieści się to w jego kodeksie moralnym. P rawda jest taka, że walka o awans nabiera rumieńców i pikanterii. Leeds pokonało ostatecznie Derby i zmierza po awans do Premier League. Ja kibicuję Pawiom, bez względu na kontrowersyjne metody pracy ich menedżera, z dwóch powodów. Po pierwsze to klub, który budzi we mnie miłe wspomnienia – tłukłem niemiłosiernie tym zespołem kolejne sezony w „Championship Managerze”, zdobywając wiele mistrzostw Anglii i Pucharów Europy. Po drugie chciałbym, żeby awansował zespół, którego jednym z najważniejszych ogniw jest reprezentant Polski Mateusz Klich. Klub znów nabiera dużego znaczenia w Anglii, a pamiętam, że kiedy mieszkałem nad Tamizą, nieistniejący już po, co za ironia, aferze szpiegowsko-podsłuchowej – „News of The World” dał taki tytuł: „Powojenny Irak jest zarządzany lepiej niż Leeds”. Zanim nastąpił upadek, były sukcesy. Półfinały europejskich pucharów, całe zastępy zdolnych piłkarzy, których Pawiom zazdrościli kibice innych klubów. Rio Ferdinand, Alan Smith, Jonathan Woodgate – to tylko niektórzy z nich. Robert Pires, gwiazda Arsenalu, tak mówił o tamtej cudownej drużynie: – Oni są nie z tego świata. Między nimi jest niesamowita energia, a fani są tak samo ofensywni jak drużyna. Od sukcesów zaszumiało jednak w głowie. David O’leary, menedżer zespołu, przyznał potem bezradnie: – To nie ja zaciągałem coraz większy dług – 40, 50, 80 milionów funtów. Nie zmusiłem Leeds do kupienia ani jednego gracza. Ustalałem skład, a klub ustalał zarobki. N a szczęście dla kibiców z Elland Road te mroczne czasy już dawno minęły. Kilka lat temu klub wrócił do stabilizacji finansowej. Już nie żyje z takim przepychem jak w latach poprzedzających bankructwo. Zabawną historię o tych czasach opowiedział Greg Abbott, menedżer, który pracował dla akademii tego klubu. – Pierwszego dnia zszedłem na lunch, wędzony łosoś, krewetki, langusty, zapytałem menedżera O’leary’ego i jego asystenta, kto się żeni. Od 2012 roku Leeds ma ręce i nogi, Bielsa dał im także rozum. Teraz znów aktualne są słowa Davida Haigha, który kupował przed laty klub od Kena Batesa: „Leeds United przypomina mi młodą Pamelę Anderson – w świetnej formie, z dobrymi atutami i wspaniałą przyszłością”.

Foto © Adam Bondarowicz

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.