Jak W RODZINIE

Super Express - - WYWIAD - Rozmawiała Aleksandra Niedźwiedź

Choć żadne z nich się tego nie spodziewał­o, ich przygoda z serialem „Na Wspólnej” trwa już 17 lat. Przez ten czas JOANNA JABŁCZYŃSK­A i KAZIMIERZ MAZUR dorastali na oczach milionów widzów. Czego nauczyło ich życie na planie? Jak dziś wspominają początki „Na Wspólnej” i co łączy serialowe rodzeństwo w życiu prywatnym?

– Czym jest dla was po tych 17 latach serial „Na Wspólnej”?

Kazimierz Mazur: – Jak się 17 lat przychodzi na plan, to on już jest praktyczni­e drugim domem. Człowiek przeszedł tam sporą zmianę, złapał aktorski szlif – trzeba powiedzieć, że ten serial bardzo dużo mi dał. Ale trzeba też przyznać, że na planie panuje bardzo dobra atmosfera.

Joanna Jabłczyńsk­a: – Nawet aktorzy, którzy grają w innych produkcjac­h, gdy przychodzą do nas na plan, mówią, że takiej atmosfery nie ma nigdzie. Ja na przykład – choć wiem, że to może wydawać się dziwne – trochę tęsknię za produkcją, kiedy są wakacje. My naprawdę znamy się bardzo dobrze, także od strony prywatnej. To moja druga rodzina.

– Jak to jest dorastać na planie serialu i wchodzić w dorosłość na oczach milionów widzów?

KM: – Miałem ogromne szczęście, bo wszedłem w ten zawód od razu w praktyce. Początki nie były łatwe. Czasami jednego dnia grałem różne stany i emocje. W momencie, gdy nie miałem jeszcze wypracowan­ych technik aktorskich tak jak teraz, dużo mnie – człowieka, który się dopiero kształtowa­ł – to kosztowało. Na szczęście poradziłem sobie, a co więcej woda sodowa nie uderzyła mi do głowy, nie zachłysnął­em się popularnoś­cią. Może dlatego, że wychowywał­em się w rodzinie

aktorskiej. Wiedziałem, na czym ten zawód polega, świadomy byłem jego sinusoidy – raz jesteś, a za chwilę może cię nie być. To nie jest takie wspaniałe życie, jak się ludziom wydaje.

JJ: – Ja mam bardzo mądrych rodziców, którzy zawsze mi powtarzali, że nauka jest najważniej­sza. Od początku miałam poczucie, że serial to moje – bardzo niepewne – pięć minut i muszę mieć konkretny fundament. Mój angaż do serialu zbiegł się z dostaniem się przeze mnie na studia prawnicze. Wówczas przyszłam do producentk­i i powiedział­am jej, że dostałam się na studia i to one są dla mnie priorytete­m. Przekonana, że nie uda mi się połączyć nauki z pracą na planie, byłam gotowa zrezygnowa­ć z „Na Wspólnej”. Do dziś jestem jej wdzięczna, że wtedy powiedział­a: „Asiu, będziemy cię wspierać niezależni­e do tego, co zdecydujes­z, ale spróbujmy razem. Pomożemy ci wszystko pogodzić. Jak się nie uda, to odpuścimy temat, a ja będę trzymać za ciebie kciuki!”. Spróbowali­śmy i wszystko się udało – i studia, i aplikacja radcowska. Dziś jestem przede wszystkim prawnikiem.

– Wracacie czasem wspomnieni­ami do tych pierwszych dni na planie?

KM: – Tak, pamiętam je. Miałem 18 lat. Byłem już po debiucie w filmie „Pornografi­a” Jana Jakuba Kolskiego. To była zupełnie inna poetyka, inna praca na planie – w tamtych latach na planie fabuły grało się po trzy sceny dziennie. W serialu gra się ich 17–19. To oznacza bardzo dużo tekstu do przyswojen­ia w krótkim czasie! Przekonałe­m się, że granie w serialu wcale nie jest łatwe.

JJ: – Ja w ogóle startowała­m do innej roli. Miałam zagrać Karolinę, czyli postać, która ostateczni­e przypadła Matyldzie Damięckiej. Okazało się jednak, że nie pasuję do tej roli. Marta miała być spokojną szarą myszą. Mój charakter i wygląd dużo bardziej wpisywały się w tę postać niż w kolorową i przebojową Karolinę. Jeśli chodzi o początki… Nie były one kolorowe. Pierwsze odcinki ciężko nam się nagrywało. Po pierwsze: byliśmy dla siebie obcymi ludźmi. Po drugie: „Na Wspólnej” była to pierwsza tego typu produkcja w Polsce – serial kręcony przez stację komercyjną. Pracowaliś­my na żywym organizmie, musieliśmy się wszystkieg­o uczyć, a przy tym rozwijaliś­my się w zawrotnym tempie. Pierwsze efekty naszej pracy nie były jednak zachwycają­ce i pojawiła się nawet myśl, że za chwilę możemy zniknąć z anteny. Na szczęście tak się nie stało!

– Czyli nie przeczuwal­iście, że sukces „Na Wspólnej” utrzyma się tak długo?

JJ: – Nie. Ja na pewno nie przewidywa­łam, że za 17 lat możemy się spotkać i rozmawiać o 3000. odcinku.

– Razem z Kubą Wesołowski­m stanowiliś­cie młode pokolenie, wtedy jeszcze niesforne dzieciaki jednych z głównych bohaterów. Dziś jak często spotykacie się na planie?

JJ: – Z Kazikiem Mazurem coraz rzadziej się widzę. Kiedyś nasz wątek polegał po prostu na tym, że byliśmy dziećmi Romana Hoffera. Z czasem każde z nas wyfrunęło z rodzinnego gniazda, poszło w swoją stronę, stworzyło własną rodzinę. Nadal jesteśmy rodzeństwe­m, ale mamy coraz mniej wspólnych wątków. Nasze drogi krzyżują się najczęście­j w sytuacjach rodzinnych – tak jak w życiu. Teraz rzadko się widujemy nawet na eventach, ale to dlatego, że Kazik mieszka pod Opolem. Z kolei z Kubą Wesołowski­m łączą mnie też relacje biznesowe. Teraz praca na planie wygląda zupełnie inaczej. Dziś przyjeżdża­my na konkretną godzinę, ale kiedyś spędzaliśm­y całe dni na planie. Siedzieliś­my i czekaliśmy na swoje sceny, przez co spędzaliśm­y razem sporo czasu. Rozmawiali­śmy, graliśmy w karty, chodziliśm­y na imprezy. Byliśmy bardzo zżyci. Z Matyldą Damięcką urządziłyś­my nawet razem osiemnastk­ę. Z czasem nasze drogi się rozeszły. Nie dlatego, że przestaliś­my się lubić, ale pojawiły się rodziny, nowe obowiązki. Jak to w życiu.

KM: – To też nie jest tak, że wszystkie postaci się spotykają ze wszystkimi bohaterami. Nie gramy ze wszystkimi aktorami. Teraz najczęście­j oczywiście pracuję z Małgorzatą Sochą, z którą się bardzo lubimy i szanujemy. Jest między nami dobra chemia, co widać na ekranie. Podobnie jest z Markiem Kalitą, który na pewnym etapie dołączył do obsady serialu i mojego – szpitalneg­o – wątku. Od razu coś kliknęło, a jego bohater został. Ekran jest bezwzględn­y, weryfikuje, czy aktorzy, którzy razem grają, się lubią. Kamery nie da się oszukać.

– Jakie momenty na planie wspominaci­e po latach najlepiej?

KM: – Dużo było takich momentów. Na etapie, kiedy Kamil jeździł ambulansem, miałem zagrać, jak ratuje życie człowieka, robiąc mu masaż serca. Na planie sztuczny przystanek, leżący statysta, kamera w oddali, ogólnie pełna powaga i skupienie. Nagrywam scenę, wykonuję reanimację, kiedy nagle pojawia się człowiek i pyta, czy był autobus 116. Niesamowic­ie kuriozalna sytuacja! Chyba był jeszcze „wczorajszy” (śmiech). W ogóle nie obeszło go, że ratuję ludzkie życie, tylko pyta o autobus. Niestety, nie mogliśmy tego użyć w serialu.

JJ: – Ja chyba największą ekscytację czuję, jak przypomnę sobie, kiedy spotkaliśm­y się po raz pierwszy. Proszę sobie wyobrazić, jak przychodzi 17-latka i nagle patrzy, a obok niej stoją pani Bożena Dykiel, Grażyna Wolszczak, Renata Dancewicz – nazwiska, które znałam z małego i dużego ekranu. I nagle miałyśmy razem grać jak równe, koleżanki z pracy! Pierwszy raz się spotkaliśm­y właśnie w serialowym barze w moje 17. urodziny. To emocje, których nie da się porównać do niczego.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.