Jaja na „10”

Choreograf Piotr Galiński, znany z „Tańca z gwiazdami”, wciąż zajmuje się tańcem, ale na Mazurach prowadzi także gospodarstwo agroturystyczne

Angora - - Zew Krwi - TOMASZ GAWIŃSKI

W tańcu zakochany od dziecka. W młodości trenował lekkoatletykę, chciał pracować w cyrku. Jeden z najlepszych polskich choreografów. Specjalizuje się w tańcu jazzowym, towarzyskim i nowoczesnym. Trener najlepszych polskich par zawodowych i sędzia międzynarodowy. Popularność zdobył jako juror w „Tańcu z gwiazdami”.

Mieszka w okolicach Mrągowa. W oddaleniu od cywilizacji i ponad 2 km od asfaltowej drogi. Daleko, w polu, w sąsiedztwie lasów. Gospodarstwo nazwał „Pod Kogutem”. Piękny piętrowy dom, obok pomieszczenia gospodarcze. Jest też altana. Czysto, wręcz sterylnie. Przy wejściu przez bramę należy wyczyścić dokładnie obuwie na specjalnie spryskanej wycieraczce. – Za dużo to wszystko kosztuje, zatem trzeba dbać o higienę i zdrowie zwierząt – mówi. – Specjalizuję się w hodowli zielononóżek kuropatwianych.

Jeszcze niedawno miał tu także konie i kozy, ale oddał. – Jestem po operacji. Dlatego nie mogę już jeździć konno. A kury nie wymagają tyle pracy co konie. Jestem już stary, prowadzę tę gospodarkę od 20 lat. Kiedy ją kupiłem, była tu tylko obora i szary domek.

Opowiada, że pierwszy rok od zakupu był bardzo ciężki. – Zainstalowałem tylko kominek, który ogrzewał cały dom, i tak przeżyłem pierwszą zimę. Stąd jeździłem na zajęcia do Olsztyna.

W 2005 r. było to najpiękniejsze gospodarstwo agroturystyczne na Warmii i Mazurach oraz w Polsce w konkursie „Zielone lato” zorganizowanym przez Program Pierwszy Polskiego Radia.

W tym czasie, jak mówi, nastawiony był na pracę choreografa, ale chciał bawić się też w agroturystykę. – Aby prowadzić takie gospodarstwo, konieczne jest jednak ukończenie kursu. Wtedy dowiedziałem się, że aby istnieć w tej branży, trzeba mieć zwierzęta i samemu przygotowywać dania kuchni regionalnej. No i zaczął się cyrk. Już wcześniej miałem fioła na punkcie gotowania, ale miejscowa kuchnia nie była mi znana. Trzeba było się tego nauczyć.

Zaczął szukać ludzi z okolicy, aby podzielili się z nim wiedzą na ten temat. Niestety, nie było to wcale takie proste. – Tubylcy wcale na mnie nie czekali. Musiałem przez znajomych docierać do nich, dopiero wówczas, choć wciąż niechętnie, dzielili się wiedzą kulinarną. Ale nauczyłem się tej kuchni, ugościłem komisję obiadem i zdałem egzamin.

Oprowadza mnie po gospodarstwie. Pokazuje różne gatunki kur. Na wybiegu, w klatkach. Duże, małe, ale wszystkie ekologiczne. Dominuje zielononóżka kuropatwiana. – To polska rasa kur zamieszczona na „Czerwonej liście” FAO – liście zwierząt zagrożonych wyginięciem – od stuleci hodowana na ziemiach polskich. Wzbudza coraz większe zainteresowanie swoją wyjątkowością. Należy ona przede wszystkim do tzw. ras półdzikich, jest płochliwa, do jej hodowli potrzeba obszernych wybiegów z dziko rosnącymi trawami i ziołami, na których żeruje przez cały dzień, a do kurnika wraca tylko wieczorem. Co istotne, jaja od tych kur mają wyższą wartość żywieniową, niż jaja kur ras handlowych. Mówiąc krótko, są lepsze i zdrowsze. Wyjątkowe jaja od wyjątkowych kur. Na 10 punktów. Dla koneserów. I to sprawiło, że zająłem się właśnie tym gatunkiem.

Zastrzega, że nie jest profesjonalnym hodowcą. – To piękne zwierzęta. Podobają mi się. Nie jestem jednak żadnym potentatem.

Turyści chętnie go odwiedzają. – Mam takich gości, którzy przyjeżdżają od 20 lat. Chcą posłuchać bzyczenia muchy i najeść się ekologicznych jaj.

Przekonuje, że jest człowiekiem pragmatycznym, więc wszystko musi mieć zaplanowane. – Wiedziałem, że muszę mieć zwierzęta. Pierwsze były kury, potem owieczki, koty i kozy, a na końcu konie. Wiedziałem, co ma być w prawdziwym gospodarstwie agroturystycznym. Że ma być warzywnik, gdzie wszystko jest bez chemii. Mam więc sałatę, marchew itd. A elementy rozrywki? Rowery, leżaki. Wystarczy.

Jak mówi, załapało – zatrybiło. – Ludzie zaczęli przyjeżdżać. Ale zaczął się „Taniec z gwiazdami” i wtedy ludzie oszaleli. Marzeniem było oglądać Galińskiego na kupie gnoju. Byłem jednym ze zwierząt, jak małpa. Musiałem to przeciąć. Bo toleruję tylko niewścibskich turystów. Goście mogą u mnie żyć, ale nie mogą wchodzić w prywatność.

Przestał zatem przyjmować przyjezdnych. Przerwa trwała dość długo. – Na dobre zacząłem przyjmować gości w ubiegłym roku. Oczywiście, ci, którzy wcześniej mnie odwiedzali, stali bywalcy, zostali. I przyjeżdżali regularnie. To miejsce najlepiej sprawdza się dla turystów z Niemiec i Holandii.

Urodził się i uczył w Olsztynie. W tym mieście ukończył też studia pedagogiczne i choreograficzne. – W tym czasie Olsztyn był stolicą tańca.

Jak mówi, późno zaczął tańczyć, bo dopiero w szkole średniej. – Wtedy dzieci nie tańczyły tańca towarzyskiego. Trafiłem do tańca współczesnego. I miałem szczęście. Pozwoliło mi to bowiem w późniejszym okresie na zdobycie odpowiednich umiejętności w tańcu towarzyskim. Byłem przygotowany ruchowo. To był najlepszy wybór.

Dodaje, że jest prekursorem tańca jazzowego. I w tym się specjalizuje. Oprócz tego trenuje pary i formacje w tańcach latynoamerykańskich.

W dzieciństwie uprawiał lekkoatletykę. Przez kilka lat. – Byłem szybki i skoczny. W olsztyńskiej Gwardii miałem dobre wyniki. W skoku w dal jako 11-latek skoczyłem 5 m. Gdybym nie został tancerzem, byłbym lekkoatletą. Ale to w pewnym względzie się dopełnia. I kiedy poszedłem na pierwszą w życiu dyskotekę, oszalałem. Poczułem zew krwi. Z kolegą z podwórka zaczęliśmy szukać możliwości tańczenia. Pojechaliśmy na wakacje na kemping pod Olsztyn, gdzie codziennie organizowano imprezy, i układaliśmy swoje kroki taneczne. Dziś ten kolega, Krzysztof Kasperowicz, ma największą szkołę tańca w Chicago.

Już w klasie maturalnej zaczął pracować jako asystent instruktora tańca w Olsztyńskim Ośrodku Tanecznym. Kiedy dostał się do WSP, od razu rozpoczął naukę w Policealnym Studium Tanecznym. – Od I roku przez 10 lat byłem wykładowcą – prowadziłem zajęcia fakultatywne z tańca na Wydziale Pedagogicznym. Zatem występowałem w dwóch rolach: studenta i wykładowcy.

Kiedy rozpoczął studia, założył swój pierwszy zespół tańca nowoczesnego „Contra”. – Prowadziłem go przez 15 lat. Zjechaliśmy całą Europę. Stworzyłem takie balety, że później otrzymałem tytuł Króla Polskiej Choreografii. Taniec stał się moim życiem.

Jego para zdobyła tytuł mistrza Polski w tańcach latynoamerykańskich, a formacja tańca jazzowego sięgnęła po tytuł mistrzów świata. Ale nie tylko uczył. Sam też zaczął tańczyć. Po roku zdobył z partnerką mistrza Polski w klasie B, potem w klasie A, a później klasę S, czyli międzynarodową. Znalazł się w czołówce polskich tancerzy. – Ale wtedy to było 15 par, dziś jest ich ponad sto.

Po studiach dalej pracował z zespołem „Contra” i wciąż tańczył w parze. Po sukcesach był zapraszany do różnych teatrów jako choreograf. Jednocześnie wyjeżdżał za granicę, na kursy, aby zgłębiać wiedzę o tańcu jazzowym.

Jak zauważa, cały czas był to ruch amatorski. – Tak było przez wiele lat. Aż w 1987 r., po zdaniu egzaminu przed komisją Ministerstwa Kultury i Sztuki, zostałem pierwszym polskim tancerzem zawodowym. Żaden tancerz z ruchu tańca towarzyskiego takich uprawnień nigdy nie uzyskał!!! Podstawą była lekcja tańca klasycznego – balet. Dzięki temu otwierały się przede mną drzwi teatrów. I w Polsce, i za granicą.

Jak trafił do „Tańca z gwiazdami”? – Przygotowywałem choreograficznie polską inscenizację musicalu „Chicago” w stołecznym Teatrze Komedia. Spektakl powstał według mojej koncepcji. Wtedy moje nazwisko zaczęło się pojawiać w zamkniętym warszawskim kręgu. I wówczas też zacząłem przyuczać polskich tancerzy jazzowych. U mnie w „Chicago” debiutował np. Michał Piróg, aw spektaklu występowała Joanna Liszowska, która potem tańczyła w „Tańcu z gwiazdami”.

Uważa, że spektakl „Chicago” był przełomem. – W wieku 40 lat zadebiutowałem w stolicy. Wcześniej przygotowywałem spektakle choreograficznie w różnych miejscach, ale nie w Warszawie.

Potem już został w stolicy. Przygotowywał kolejne musicale w Teatrze Komedia. Ale nie tylko. Pracował ze Zbigniewem Wodeckim w Teatrze Stu w Krakowie nad sztuką „Sonata Belzebuba” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. I w tym czasie zadzwonił ktoś z TVN. – Słynąłem z tego, że jestem ostry. A im zależało na człowieku, który prosto z mostu przywali, powie prawdę.

I tak trafił do programu. Przyznaje, że miał wątpliwości. – Postawiłem bowiem na szalę całą swoją zawodową wiedzę. Wiedziałem, że będę oceniany przede wszystkim przez środowisko. Przeszedłem casting. I wiem, że tę pracę zawdzięczam tylko ciętemu

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.